niedziela, 20 stycznia 2013

Gorączka - Dee Shulman




Autor: Dee Shulman (strona autorki)
Tytuł: Gorączka (strona książki)
Seria: Gorączka #1
Cykl wydawniczy: Poza czasem
Oryginalny tytuł: Fever
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 28.11.2012
Stron: 432
Ocena: 6/10





O „Gorączce” było głośno. Dla innych mniej, dla innych bardziej. Naczytałam się już wielu recenzji, opinii czy komentarzy, w większości niezbyt pochlebnych. Jednak ja to ja. Istota nazbyt ciekawska, która musi wszystko sprawdzić na własnej skórze, jeśli chodzi o książki oczywiście. Jeśli nawet do jakieś książki mnie nie ciągnie to i tak wiedziona jakimś impulsem, jeśli tylko zobaczę ją w bibliotece, wkrótce ją wypożyczę. Co rozgłos robi z człowiekiem takim jak ja sami widzicie… No, ale jak jest z „Gorączką”?

Ewa Koretsky już dwa razy została wydalona ze szkół. Nie czuła się w nich dobrze. Jednak prawdziwą przyczyną nie było jej zachowanie, a brak możliwości, uczucie zamknięcia w klatce. Jednak dużym zdziwieniem, a zarazem powodem do szczęścia dla rodziców powinno być to, że dostała się do elitarnej szkoły St. Magdalene’s. Matka jednak czuje tylko ulgę, że ma problematyczną córkę z głowy. Życie dziewczyny w St. Mag’s ulega zmianie. Odnajduje się w nowym, tak zupełnie innym środowisku. Wreszcie czuje, że jest we właściwym miejscu i może się rozwijać.  Gdy nagle coś się zmienia. Głód wiedzy, chwila nieuwagi powodują, że atakuje ją tajemniczy wirus, wywołujący groźną gorączkę, od której na chwilę umiera, ale zaraz powraca do życia. Co to za wirus? I kim jest nowy tajemniczy Sethos Leontis, który wywołuje w niej uczucia i reakcje, których jeszcze nigdy nie doznała? Jak to możliwe, że Seth rozpoznaje w niej swoją ukochaną Liwię, zamordowaną dwa tysiące lat wcześniej? Czym jest Parallon i dlaczego Seth tam trafił?

Minusem tej całej powieści jest dla mnie wątek Sethosa, który był dla mnie męską wersją Belli lub innych tego typu bohaterek. Przystojny, silny, nieustraszony gladiator zachowujący się za przeproszeniem jak baba. To ja już chyba wolę damskie odpowiedniki. Nużyła mnie z początku jego historia. Dopiero w drugiej części zaczęłam bardziej się nim interesować. Za to Ewa jak najbardziej jest plusem tej historii. To jej losy śledziłam z zapartym tchem, to o niej chętniej czytałam. Inteligentna, stąpająca twardo po ziemi. Nie dziwię się również jej zachowaniu. Matka, która po śmierci męża, a jej ojca, nie zwraca na nią uwagi i traktuje tylko, jako problem, nic więcej. Jak dla mnie była bez jakikolwiek uczuć do własnego dziecka, jakby wykluczyła ją z rodziny. Owszem, jestem w stanie zrozumieć zrezygnowanie po tym jak wywalono Ewę ze szkół, ale każda normalna matka moim zdaniem powinna się cieszyć, kiedy jej jedyne dziecko dostaje się do elitarnej szkoły dla wybitnie uzdolnionych, powinna sobie poukładać w głowie, że musiało być coś nie tak, że dla córki było za mało możliwości w tamtych, a nie czuć ulgę z pozbycia się problemu. Możliwe, że ja patrzę na to wszystko inaczej, bardziej z perspektywy Ewy, bo łatwiej mi się z nią utożsamić, ale i tak nie jestem w stanie zrozumieć jej rodzicielki.  

Po kontynuacje „Gorączki” Dee Shulman z pewnością sięgnę, bo zakończenie naprawdę mnie zaskoczyło. Mam jednak nadzieję, że będzie o wiele ciekawsza od pierwszego tomu. Zrezygnuje tego wzdychania wielce nieustraszonego Setha nad stratą swojej ukochanej i wreszcie pokaże, że jest prawdziwym mężczyzną i gladiatorem, który walczy z przeciwnościami losu, a nie chowa się za swoją pożal się Boże rozpaczą. Mam również nadzieję, że akcja nabierze tempa, bo tutaj takowej dla mnie nie było, a raczej mogłoby być lepiej prowadzona. Jednak książkę czyta się naprawdę szybko i spędziłam przy niej miłe chwile, ale obym przy kontynuacjach spędziła je jeszcze milej i żeby okładki do niej były tak samo magiczne jak do tej, bo uważam, że pani Katarzyna Borkowska wykonała kawał dobrej roboty.  


____

Seria Gorączka składa się z:
1. Gorączka | 2. …


poniedziałek, 14 stycznia 2013

Mroczny sekret – Libba Bray





Autor: Libba Bray (strona autorki)
Tytuł: Mroczny sekret
Seria: Magiczny krąg #1
Seria wydawnicza: Czytaj po zmierzchu
Oryginalny tytuł: A great and terrible beauty
Wydawnictwo: Dolnośląskie
Data wydania: 25 października 2010
Stron: 368
Ocena: 8/10





Szesnastoletnia Gemma Doyle pragnie wyjechać do Londynu. Przytłacza ją palące słońce Indii i to wszystko, co ją otacza. Właśnie to jest powodem nienawiści do swojej matki. To, że za wszelką cenę matka chce ją zatrzymać w Indiach, obrzydzić jej wspaniały Londyn, z którego pochodzi, ale którego nie dano jej jeszcze było zobaczyć. Jednak szybko to się zmienia. Wyjeżdża do Anglii, niestety można by rzec nie w takich okolicznościach, jakich by chciała. Po tragedii, którą spotkała jej rodzinę, trafia do Spence, szkoły dla przyszłych dam. Pierwszy dzień nie zwiastuje nic dobrego. Nie czuje się w niej dobrze, ale musi wytrzymać. Nie może zawieść swoich bliskich. Z czasem wszystko się zmienia. Zaprzyjaźnia się z dziewczynami z najsłynniejszego i wpływowego grona, staje się kimś innym niż dotychczas była. Czy wreszcie odkryje siebie, swoją prawdziwą naturę? Jaką moc posiada? I kim jest ten tajemniczy młodzieniec, który twierdzi, że musi ją chronić? Czy Akademia Spence pomoże jej w odkrywaniu mrocznej przeszłości, która ma wpływ na jej teraźniejszość? 

Od dawna pragnęłam przeczytać tę pozycję. Kiedy tylko widziałam okładkę jakoś dziwnie mnie od niej przyciągało. A wszystkie pochwały na jej temat tylko wyostrzały mój apetyt. Uwielbiam Anglię, a tym bardziej Londyn i wszystko, co z nimi jest związane. Nie wspominając już o epoce wiktoriańskiej, w której jest osadzona akcja powieści. Dodając jeszcze do tego trochę magii, mrocznych tajemnic i już jest przepis na książkę, którą po prostu muszę mieć i którą muszę przeczytać.

Libba Bray wprost oczarowała mnie „Mrocznym sekretem”. Nie myliłam się, myśląc, że będzie to klimatyczna powieść, osadzona w mojej ulubionej epoce i w ukochanym miejscu. Nie myliłam się też myśląc, że książka mi się spodoba, bo po prostu ją pokochałam. Nie mogłam przestać myśleć o tym, kiedy wreszcie będę mogła znowu zacząć ją czytać odkrywając coraz to nowe tajemnice wraz z Gemmą, a później wraz z jej przyjaciółkami. Gdyby nie fakt, że musiałam także pamiętać o obowiązkach szkolnych z pewnością przeczytałabym ją od razu. I tak zarwałam kilka nocy, czytając do późnych godzin nocnych, nie wiedząc nawet jak szybko minął mi czas przy lekturze.

Akcja powieści zaskakuje. Jedne wydarzenia są przewidywalne, za to drugie zaskakują za podwójnie, jakby w odkupieniu za te pierwsze. Bohaterki to różne osobowości. Jedna jest marzycielką, która cały czas żyje złudzeniami poślubienia rycerza na białym koniu, druga to prawdziwa przywódczyni, trzecia to wstydliwa, zamknięta w sobie dziewczyna ze stypendium, zaś główna bohaterka to zagubiona nastolatka, która pragnie odkryć swoje „prawdziwe ja”. Każda ma swoje sekrety, których nigdy, nikomu nie wyjawiała. Ciekawi mnie także osoba nauczycielki sztuki - panna Moore. Przez cały czas czułam, że nie jest ona dokładnie tutaj opisana, że autorka coś przede mną ukrywa, ale mam nadzieję, że będzie o niej więcej w kolejnych tomach, bowiem jest dla mnie postacią bardzo interesującą, za pomocą której Libba na pewno jeszcze nie raz mnie zaskoczy.

 Czy polecam „Mroczny sekret” Libby Bray? Oczywiście, że tak. Autorka przeniosła mnie do pełnej magii wiktoriańskiej Anglii, w wielkim stylu. Dobrze wychowane damy, dostojni panowie i nastolatki, które jednak nie są tak ułożone jak przystało. Do tego przyciągająca wzrok okładka, która świetnie się prezentuje ze znakomitym wydaniem. Pierwszy tom „Magicznego kręgu” uważam za naprawdę godny polecenia, co chyba widać po całej recenzji, ja zaś już nie mogę się doczekać aż będę mogła przeczytać dwie kolejne części.  


_____

„- Zmieniam świat, świat zmienia mnie.
- Co to znaczy?
- Wszystko, co robisz, wraca do ciebie. Jeśli wpływasz na sytuację, ona również wpływa na ciebie.”
[s.250]
~~~~
„Może to monotonna ulewa doprowadza mnie do szału. […]A może dlatego, że każde słowo, które wypowiedziała, było prawdą.” [s.280]
~~~~
 „Każde zakończenie stanowi początek czegoś nowego.” [s.354]

_____


Trylogia Magiczny krąg składa się z:
1. Mroczny sekret | 2. Zbuntowane anioły | 3. Studnia wieczności


wtorek, 8 stycznia 2013

Hobbit czyli tam i z powrotem – J. R. R. Tolkien




Autor: John Ronald Reuel Tolkien
Tytuł: Hobbit czyli tam i z powrotem
Seria tematyczna: Śródziemie (lista BiblioNETki)
Oryginalny tytuł: The Hobbit, or There and Back Again
Przekład: Maria Skibniewska
Wydawnictwo: ISKRY
Data wydania: 1997
Stron: 240
Ocena: 8/10




Kim jest hobbit? Istotą o niskim wzroście, twardych podeszwach i krępej posturze, mieszkającą w ziemnej norze. Takim hobbitem jest właśnie Bilbo Baggins. Ów Niziołek jak każdy z Bagginsów cieszy się powszechnym szacunkiem wśród sąsiadów. Bogaci, spokojni, przewidywalni, a co najważniejsze niemiewający przygód. Lecz Bilbo ma także w sobie krew Tuków. Rodu bardziej nieprzewidywalnego. Czy obudzi się w nim krew Tuków? Jakie skutki będzie miało spotkanie czarodzieja Gandalfa, a później całej gromady krasnoludów? Czy będzie nadal tym samym Bagginsem z Bag End, który dotychczas wiódł spokojne życie?

Z piórem chyba z najsłynniejszego angielskiego powieściopisarza, jakim jest J.R.R. Tolkien spotkałam się po raz pierwszy. Jego trylogia „Władca pierścieni” doczekała się już fenomenalnej ekranizacji, która biła rekordy popularności. Teraz nadszedł czas na „Hobbita”. I właśnie to skłoniło mnie do przeczytania książki, a raczej do sięgnięcia po nią szybciej niż zamierzałam. Pewnie nadal stałaby w szafce i czekała na swoją kolej. Jednak chęć pojechania miłośnika wcześniej wspomnianej trylogii jak i „Hobbita”, jakim jest mój tata i zamiar obejrzenia z nim tego na wielkim ekranie tylko to przyspieszył. I naprawdę nie żałuję, że to zrobiłam, a teraz tylko wyczekuję dnia, w którym będę mogła zasiąść w kinowej sali z kubkiem coli i dać się wciągnąć w ekranizację tej wspaniałej historii. 

„Hobbit” jest dla mnie fantastyką na najwyższym poziomie. Smoki, elfy, gobliny, krasnoludy i hobbici w najlepszym wydaniu skłoniły mnie do zapoznania się w najbliższym czasie z legendami staroangielskimi. Fantastyczny świat przedstawiony wykreowany przez Tolkiena jest przemyślany i dopięty na ostatni guzik. Już od pierwszej strony autor sprawił, że nie mogłam się od jego powieści oderwać, a to także za sprawą plastycznego języka, którym się posłużył. Niektórym może lub mógł przeszkadzać wysyp imion, których było czasami kilkanaście w jednym zdaniu, ale mi to w ogóle nie przeszkadzało. Tolkien ma swój własny, wyjątkowy styl, który się wyczuwa, a którym mnie z pewnością zauroczył. Jednym może się on nie spodobać, drugim wręcz przeciwnie, ale tak jest ze wszystkim.

Jak można nie polubić małego Bilba Bagginsa? Jak można nie polubić krasnoludów? Jak można nie polubić jakże mądrego czarodzieja Gandalfa? Nie da się, po prostu się nie da. Hobbit jest tak przesympatyczną postacią wraz ze swoimi zaletami i wadami, że nie można go nie obdarzyć sympatią, tak samo sprawa się ma z krasnoludami, choć czasami nie mogłam znieść traktowania przez nich Bagginsa, kiedy spychali go do najbrudniejszej i najniebezpieczniejszej roboty. Jednak to pokazało tylko odwagę, jaką odznaczał się Bilbo, a także sprytem przy wykonywaniu tych zadań. Miło będę wspominała także ciekawe zagadki z Gollumem, które mnie naprawdę zaskoczyły.

„Hobbit” Johna Ronalda Reuela Tolkiena to pozycja obowiązkowa dla wielbicieli powieści fantastycznych. Jest to zupełnie inny świat, do którego dosłownie autor mnie wciągnął. Razem z hobbitem przeżywałam zapierające dech w piersiach przygody, razem z nim szukałam wyjścia z danej sytuacji, a on najzwyczajniej w świecie mnie zaskakiwał, wbrew temu, jaki był kiedyś, kiedy to sąsiedzi wiedzieli, co w danej chwili powie, czy zrobi. Bez zastanowienia stwierdzam, że z pewnością sięgnę po trylogię napisaną przez Tolkiena jak i po inne jego powieści. A jeśli ktoś chce zatopić się w prawdziwym fantastycznych świecie gorąco polecam. Jest to pozycja zupełnie inna od tych paranormalnych romansów, w których smoki czy elfy odrywają jakąś tam rolę. Choć paranormale uwielbiam to uważam, że grzechem nie jest zapoznać się z tą zupełnie inną, wyjątkową historią, w której brak miłości ludzkiej istoty do istot nadprzyrodzonych za to jest świetna przygoda, z którą w żadnym paranormal romance się nie spotkałam, choć teraz wychodzi coraz więcej książek z tego gatunku. Myślę, że dzieła Tolkiena są jedyne w swoim rodzaju, dlatego też cieszą się takim uznaniem.


„My tu jesteśmy naród prosty i spokojny, nie trzeba nam przygód. Przygody! To znaczy: nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygód. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad.” [s.7]

~~~~

 „Jeśli się chce coś znaleźć, trzeba po prostu szukać – tak przynajmniej pouczył Thorin swoich młodych podwładnych. Rzeczywiście, kto szuka, ten najczęściej coś znajduje, niestety czasem zgoła nie to, czego mu potrzeba.” [s.49]

sobota, 5 stycznia 2013

C. R. Zafón "Światła września"


Zafón to pisarz niezwykły, którego nazwisko chyba każdemu obiło się o uszy. Znany jest ze swoich bajecznie poetyckich książek i nieograniczonej wyobraźni. Jego książki dosłownie się pochłania. Ja zaczęłam swoją przygodę z tym pisarzem od „Księcia mgły” i od tamtej chwili plasuje się on na szczycie listy moich ulubieńców. Intrygą sprzed lat, fantasmagorycznymi krajobrazami, magią wiszącą w powietrzu i niezwykłą atmosferą urzekł mnie od samego początku. Kiedy dorwałam się do "Mariny" i zanurzyłam się w Barcelonie lat 80. myślałam, że lepiej być nie może. Jak zwykle się myliłam! Z każdą kolejną książką miałam coraz większy dylemat co do tego, która rzeczywiście jest najlepsza. "Światła września" zaś przyniosły mi spore rozczarowanie, bo wcale nie rozwiązały tego problemu…

Jaką historią zaskakuje nas Zafón tym razem? Mamy uroczą rodzinkę: mama, tata  i dwie pociechy - młodszy Dorian i starsza Irene. Sielanka, czyż nie?
Nie.
Kiedy umiera ojciec, rodzina pozostaje praktycznie bez środków do życia, po uszy tkwiąc w długach. Przypadek, a raczej dobry przyjaciel, sprawia, że Simone, czyli matka dwójki półsierot, dostaje pracę u starego, ekscentrycznego wynalazcy i fabrykanta zabawek - Lazarusa Janna - jako zarządca jego rezydencji w sercu mrocznego lasu Cravenmoore na pięknym francuskim wybrzeżu, gdzie mieszka wraz ze swoją cierpiącą na dziwną dolegliwość żoną Alexandrą. I wszystko byłoby dobrze, życie ułożyłoby się pięknie tym biednym, pokrzywdzonym przez los ludziom, gdyby nie pisał tego Zafón. Oto bowiem zostaje zamordowana młoda służąca z Cravenmoore - Hannah, z którą Irene zdążyła się już zaprzyjaźnić i której śmierć jest dla wszystkim okropnym ciosem.
Kto rozwiąże sprawę jej bestialskiego mordu? Oczywiście Irene. A książka nie byłaby iście zafónowska, gdyby nie towarzyszyłby jej kuzyn zmarłej dziewczyny - Ismael, szaleńczo zakochany w naszej drogiej Irene.

Brzmi banalnie? Sztampowo? Kiczowato? Zapewne. Myślisz sobie - historia jakich wiele. Pewnie wszystko szczęśliwie się skończy, przy happy endzie każą mi płakać ze wzruszenia, a po drodze 3 razy upewnię się, że zakończenie jakie wywróżyłem/am biorąc książkę do ręki jest jak najbardziej prawdziwe.
I to jest właśnie typowy błąd. Bo w książkach Zafóna nie chodzi o zakończenie i fabułę, która, tak nawiasem mówiąc, wcale nie jest tak prosta jak wydaje się na pierwszy rzut oka i nie raz może zaskoczyć czytelnika, lecz o emocje i obrazy, bo to jest właśnie to, w czym Zafón jest mistrzem. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jego powieści się nie czyta i nie wyobraża - je się widzi. Jak to możliwe? Nie mam pojęcia. To po prostu mistrz malowania słowem, które wdziera się w duszę i tam już zostaje. Raz zaczniesz, nigdy nie przestaniesz.

Co jeszcze? Zapewne bohaterowie. Nie chodzi o same postaci, które w gruncie rzeczy są naszkicowane prosto, nie są skomplikowane i nie mają specjalnej głębi, zapewne ze względu na fakt, że to książka przede wszystkim dla dzieci i młodzieży, bo wystarczy przekartkować choćby "Grę anioła" adresowaną raczej do dorosłych i wrażenia będą zupełnie inne. Nie, tu chodzi o ich udział w historii - fabuła nie obraca się tylko wokół Irene, Ismaela i Lazarusa, ewentualnie jego żony. Byłam szczerze zaskoczona tym, jak wiele miejsca autor poświęcił Dorianowi, Simone, a nawet Hannah. Podoba mi się podejście do postaci drugoplanowych - zdecydowanie nie lekceważące, nadające ciekawy kierunek intrydze, oryginalne.

Jak by tu podsumować "Światła..."? Może po prostu - pozycja ciekawa. To taki typowy Zafón, idealny dla młodszych wielbicieli, chociaż  pewnością chętnie do niego powrócę, zgodnie z życzeniem pana Pisarza, nawet jako dorosła albo staruszka.
Niewymagająca, przyjemna lektura, warta uwagi i polecenia. Miejscami zaskakująca. W każdym słowie ujawniająca kunszt pióra. Wciągająca i czarująca. Piękna.

środa, 2 stycznia 2013

"Atlas chmur" David Mitchell



David Mitchell to artysta języka, rzeźbiarz jego formy i malarz słowami. Wziął go w swoje ręce, zapanował nad nim pisarskim piórem i rewelacyjnie wystylizował. Każda historia różni się stylistycznie od innej, ma swój indywidualny charakter wtopiony w opisywane czasy, dzięki czemu czytelnik wczuwa się bardziej w przewracanie kartek starego, pokładowego dziennika czy też prywatnej korespondencji. Przeszłość i daleka przyszłość zachęcają do zatracania się w nich na godziny, a ja mam wrażenie, że w ręce trzymam pożółkłe kartki, że czytam czyjąś prawdziwą historię. Siedzę obok podstarzałego wydawcy i śmieję się z nim nad jego pisarską pracą. Po chwili jednak te rzeczywistości ulatują i jestem świadkiem bardzo nietypowego przesłuchania - Mitchell nie pozwala zastygnąć na długo w jednej epoce.

XIX-wieczny dziennik pokładowy Ewinga trafia w ręce młodego kompozytora, Roberta Frobishera, który zmaga się z niedostatkiem i nietolerancją. Po wielu latach na jego partnera, naukowca Sixsmitha, napotyka się młoda, ambitna dziennikarka, Louisa Rey. Otwiera się przed nią szansa wywęszenia poważnej afery w związku ze stworzeniem nowej elektrowni. Louisa jest idealistką i chciałaby zostać poważaną dziennikarką. Jej opisana historia trafia do wydawcy Timothy'ego Cavendisha, zamotanego w ciemne interesy i liczne długi. Czytelnikowi opowiada, jak przez swoją lekkomyślność trafił do domu opieki starców Aurora House i planuje na kanwie tych wydarzeń stworzyć film. Ogląda go w dalekiej przyszłości fabrykantka Sonmi, która przeszła wiele, aby móc się wyzwolić spod absurdalnego jarzma i stać się w pełni świadomą osobą. Sonmi w jeszcze dalszej przyszłości zostaje kimś wielkim dla całkowicie upadłej cywilizacji, przypominającej w dużym stopniu życie pierwotnych ludzi. Wszystkie historie oprócz jednej podzielone są na dwie części - na początku poznajemy w chronologicznym porządku ich początki, a później w odwróconej kolejności zakończenia.

Zaczyna się od niewiedzy. Niewiedza rodzi strach. Strach rodzi nienawiść, a nienawiść przemoc. Przemoc prowadzi do dalszej przemocy, aż każde prawo staje się jedynie tym, czego pragną najsilniejsi.
Książka przyciąga jak magnes. Intryguje. Wzrusza. Cieszy. Bawi. Zmusza do myślenia. Wywołuje wielorakie emocje, od wzburzenia do współczucia, poprzez radość i smutek, przez zszokowanie i niespodziewane zakończenia. Zawarte są w niej zarówno humorystyczne spostrzeżenia postaci, subtelny i poetycki erotyzm, poruszająca niemoc, indywidualne spojrzenia na niesprawiedliwy świat jak i ich prywatny dramat, będący niewielką cząstką dramatu całej ludzkości. Jednostki wykreowane przez Mitchella zmagają się z wadami człowieczeństwa, z ludzką niesprawiedliwością, walczą o swoją nie negowaną przez nikogo rację bytu oraz o prawa innych. Erwin jest poruszony problemem ciemiężenia czarnoskórych osób, fabrykantka Sonmi edukuje się, aby walczyć o uznanie fabrykantów za pełnoprawnych ludzi, żeby nie traktowano ich jak klony wyszkolone do usługiwania innym, chociaż niestety taka jest tragiczna prawda...

Właściwie kto ma prawo decydować o losach innych ludzi? Czy jednostki są w stanie wzniecić ruch na tyle silny, aby wpłynąć na innych i zmienić świat? I czy naprawdę losy jednej osoby mogą tak ściśle powiązać się z życiem innej? Żaden z bohaterów Mitchella nie przyjmuje biernej postawy, ale czy osiąga on chociaż swoje cele? Ludzkość w pogoni za lepszym jutrem jest zaślepiona na prawdziwe wartości, które ulegają destrukcji, a wartości moralne zostały zapomniane dawno temu. Podczas lektury można postawić sobie o wiele więcej pytań.

Czego bym teraz nie oddał za niezmienną mapę tego, co zawsze nieuchwytne? Za swego rodzaju atlas chmur.

Czy Atlas chmur to przerost formy nad treścią? Absolutnie nie. Książka przekazuje wartościowe, niezmiernie interesujące historie, odziane w barwne, plastyczne style oraz zróżnicowane formy. Język tylko zwiększa jej wartość, urozmaica Ucztę wyobraźni i świadczy o niezwykłym pisarskim kunszcie, o talencie do stworzenia czegoś tylko na pozór chaotycznego, czegoś, co jest naprawdę perfekcyjnie przemyślane i skomponowane. Miałam trudności z wyobrażeniem sobie w jednej książce tylu form i gatunków. Jak to wszystko razem miałoby funkcjonować, tworzyć spójną całość? A jednak potrafi, dzięki rozmaitym wpływom bohaterów na kolejnych, dzięki niesamowitej pomysłowości autora. Mitchell w części Atlasu chmur bawi się z czytelnikiem, wystawia go na zmaganie się z przestarzałą już obecnie budową zdań. Celowo tworzy dziwaczne błędy, łączy słowa w nietypowe związki, stwarza neologizmy i zabawia się z ortografią. Wszystkie te zabiegi mają na celu z jednej strony uwiarygodnienie istnienia dziennika pokładowego i postaci na przestrzeni lat, z drugiej strony świadczą o niezwykłość i inności epok, jakie stworzył Mitchell, uwypuklają zachodzące zmiany w rozwoju ludzkości.

Razem ze Starym Dżordzim, to żeśmy se drogi przecięli więcej razy, niż w ogóle pamiętam, i jak już umrę, kto wie, co ten diabeł zębaty spróbuje mi jeszcze wykrątać...Daj no mi baraninki, to powiem ci, jak go spotkałem po raz pierwszy. Tłusty, soczysty kawał mi daj, nie taki tam paździerz spalony...

Pisarz najpiękniej przelał swoje umiejętności pisarskie w postać Frobishera - młody Robert, dzięki lekkiemu pióru, pisze listy niezwykle obszernie, plastycznie, momentami wręcz poetycko. Czyta się je z zapartym tchem jak opowiadania, jak malownicze pejzaże i tętniące życiem losy bohaterów. Dzięki nim znacznie częściej widziałam w wyobraźni Roberta w ruchu, niż siedzącego przy biurku i zawzięcie spisującego swoją historię. Wykreowane postacie tworzą całą plejadę osobowości, nawet te drugoplanowe nie pozostają słabiej nakreślone.Mitchell zadbał oczywiście także o psychologiczny aspekt każdej postaci - ich umotywowania są wyjaśnione przejmująco, wiarygodnie. Oprócz poważnych problemów zmagają się także z prywatnymi czułostkami, jak każdy człowiek, mają swoje chwile słabości i zwątpienia. Bohaterowie książki są dopracowani pod każdym drobnym szczegółem, nie brakuje im niczego, siedzą w głowie czytelnika i z niecierpliwością oczekują na swoją kolej opowiadania.
  
Miała ciało amazonki, bardziej sprężyste, niż zwykle u dojrzałych kobiet, i technikę lepszą niż wiele klaczy, których dosiadałem za dziesięć szylingów. Podejrzewać można, że kryje się za tym długa lista ogierów, zapraszanych, by pasły się u jej żłobu.

Atlas chmur to dla mnie najlepsza książka, jaką przeczytałam w roku 2012. Jest wyjątkowa również na polu mojej całej czytelniczej pasji. A fakt, że przez znakomitych brytyjskich krytyków - Richarda Madeleya i Judy Finnigan - została uznana za jedną ze Stu Książek Dekady, powinien być ostatecznym argumentem, zachęcającym do jak najszybszego sięgnięcia po tę książkę. 

Recenzja bierze również udział w styczniowej edycji wyzwania :)