Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powieść. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 czerwca 2013

Mea culpa. Confiteor.

Każda wycieczka do księgarni kończy się dla mojego portfela tragicznie. Ilość książek, które chcę kupić zazwyczaj znacznie przewyższa moje możliwości finansowe i, niestety, zaczyna się wyliczanie, odliczanie, słowem, robienie wszystkiego by wybrać tę jedną jedyną publikację, na którą mogę sobie pozwolić. Czasami jednak zdarzają się książki, które zobaczymy na półce i wiemy, że bez względu na wszystko musimy je mieć. Znacie to, prawda? Ja ostatnio doświadczyłam tego gdy pierwszy raz natknęłam się na,,Wyznaję" Jaume Cabré.

Okładka jest iście magiczna i z pewnością przemawia do każdego mola książkowego. Chłopiec, którego aparycja sugeruje koniec XVIII, a początek XX wieku stojąc przed ścianą książek próbuje dosięgnąć jedną z nich. Dodatkowym atutem wydania jest doskonały papier, dzięki któremu prawie ośmiuset stronicowa książka waży naprawdę niewiele.

Po tym dość nietypowym bo mało literackim wprowadzeniu czas na streszczenie fabuły. Głównym bohaterem tej wielowątkowej powieści jest Adrian Ardèvol, którego poznajemy gdy jest kilkuletnim chłopcem, który pochłania książki, których większość ludzi nigdy nie zrozumie, kolejnych języków obcych uczy się z taką łatwością jak tabliczki mnożenia, a gra na skrzypcach przynajmniej początkowo przychodzi mu bez żadnego wysiłku. Ojcem chłopca jest Felix Ardèvol, nie grzeszący uczciwością kolekcjoner antyków i rękopisów, a matką Carme Ardèvol, wydawałoby się, że uległa kobieta będąca pod wpływem swojego męża. W domu tej niezwykłej rodziny jest wszystko oprócz miłości. Najważniejszym ,,domownikiem" bez wątpienia są XVIII-wieczne skrzypce wokół których krążą wszystkie wątki zamieszczone w książce (a wierzcie mi, że jest ich naprawdę sporo).

Niezwykłym atutem tej książki jest jej szczegółowość i struktura, która pozwala nam cofnąć się w czasie o ponad 600 lat. W jakim celu? Nie bez powodu ,,Wyznaję" nazywane jest powieścią-katedrą, której osią historii jest tematyka zła. W tym celu czytelnik zagłębia się w dzieje hiszpańskiej inkwizycji oraz II wojny światowej. Żadna kwestia związana z tymi wydarzeniami nie została w żaden sposób pominięta. We fragmentach mówiących o najstraszniejszej z wojen Cabré poruszył zarówno sprawę tragedii Żydów w latach 40. XX wieku, rozmyślań tych, którzy przeżyli, nazistów, którzy żałowali swoich czynów jak i tych, którzy pozostali śmieciami do końca...

Zdecydowanie ,,Wyznaję" nie jest książką na jedno popołudnie przy włączonym telewizorze ( i to nie tylko ze względu na jej objętość). Życzeniem autora było aby nie tłumaczyć obcojęzycznych cytatów zawartych w książce i o ile fragmenty napisane w języku francuskim nie stanowiły dla mnie wyzwania o tyle większość wyrażeń łacińskich zmusiło mnie do zajrzenia do słownika. Dodatkowo cechą charakterystyczną tej powieści jest wydawałoby się dość ułomna interpunkcja, urywane zdania, brać przecinków, wielokropków. Jednak jak podaje tłumacz Anna Sawicka jest to świadomy zabieg pisarza.

Jaume Cabré to znany i ceniony pisarz tworzący w języku katalońskim. Z jego bogatej bibliografii na język polski przetłumaczone zostało tylko ,,Wyznaję". Gwarantuję jednak, że nie jest to eksperyment a naprawdę warta uwagi powieść. Zacytuję jeden z komentarzy do niej, z którym zgadzam się w 100%:

,,Książka, która przeżyje nas wszystkich."

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca (http://strofki.blogspot.com/)

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

"Kokon" - Mark Billingham



Inspektor Thorne, wpasowujący się w standardowe wyobrażenia większości śledczych (czyt. obiekt samotny, nadużywający alkoholu, wiecznie niewyspany, często załatwiający sprawy pięściami i kontaktami przestępczymi, trochę depresyjny typ, któremu wpadła w oko seksowna babka) musi stawić czoła mordercy kobiet, którego ostatnia ofiara uszła z życiem, jednak jest sparaliżowana. Tutaj jednak Billingham odwraca kota do góry ogonem i okazuje się, że domniemany morderca nie chce mordować. Trzy martwe kobiety to jego nieszczęśliwe wypadki przy pracy. Allison, czwarta ofiara, to właściwie skończone dzieło. Przez otumanienie, uciskanie tętnicy, zerwanie więzadeł szyjnych i tym samym doprowadzenie do udaru. Makabryczne uwięzienie we własnym ciele. Chodzi o dążenie do doskonałości. O perfekcję. O wybranie tego, co słabe, łatwo psujące się i wadliwe, i usunięcie wiążących się z tym potrzeb. Wyeliminowanie związanych z tym zależności. Pozwolenie mózgowi, który jest jedynie cokolwiek wartą częścią ciała, aby rozkwitał bez ograniczeń stawianych przez ciało. Chodzi o wolność.

Jednak literacki debiut Marka Billinghama w części musiałam po prostu zmęczyć. W fotel ze znużenia wbiły mnie miłosne igraszki i rozterki między Thornem, doktor Anne Coburn i sarkastycznym Bishopem na dodatek, na którego bez przerwy z podejrzeniami patrzył Thorne. Szczerze, myślałam, że pisarz nigdy nie wrzuci ich do łóżka dla mojego świętego spokoju, a dalej będę brnęła przez jakieś krępujące spojrzenia, skromne podchody i depresyjne myśli Thorne'a, które zawieszały raz po raz frapującą i niebezpieczną akcję, wprowadzając do fabuły oklepane, obyczajowe schematy, w tym wg mnie oderwany od całości, postrzępiony wątek córki Anne. Na szczęście lekkie, sugestywne, indywidualizowane i pomysłowe pióro Billinghama zachęciło do dalszego czytania powieści i w końcowym rozrachunku nie żałuję poświęconego czasu, nawet jeśli zakończenie nie zawirowało intensywnie moją wyobraźnią.

Doskonałym zabiegiem było wprowadzenie myśli Allison, niekiedy utrzymanych w tonie, jak sama mówiła - albo raczej myślała, chorego humoru. Doskonałym tego przykładem jest ponury dowcip o Panu Ziemniaku, który miał wypadek i znalazł się w identycznym stanie jak dziewczyna. Aż skóra cierpnie. Milcząca Allison stała się cichą powierniczką Anne, jej rozterek i zdenerwowań. Jedyną szansą na kontakt ze światem był powolne i frustrujące porozumiewanie się za pomocą mrugania powiekami, które nie zawsze chciały się słuchać. Czytelnika może zaszokować to, że sparaliżowana dziewczyna nie użala się nad sobą, nie popada w niemy obłęd, nie myśli ciągle o umieraniu - ona chce znaleźć sobie zajęcie w swojej własnej głowie. Móc tworzyć i narzekać. Móc decydować o sobie. Przy jej unieruchomionej postaci na myśl przychodzą od razu takie genialne filmy jak Motyl i skafander albo Johnny poszedł na wojnę, który niesie ze sobą tak silny ładunek emocjonalny, że nie chcę go oglądać drugi raz.  
Możecie mnie nazywać Zdumiewającą Mrugającą Kobietą! Tyle tylko że coś kiepsko radzę sobie z występami, czyż nie? (...) Krzyczałam w myślach na moje powieki. Zupełnie jakby sygnał wygasł w moim mózgu. Ale powoli. Można to porównać do rozklekotanej starej łady sunącej wolno od jednego obwodu do drugiego, czy jak to się tam nazywa. Neuroautostrady czy jakoś tak. 
Billingham ukazał głównego bohatera w wielu powiązaniach, z jednej strony uwiarygadniając jego kryminalny portret, a z drugiej rozwlekając akcję do granic możliwości, często nie posuwając śledztwa do przodu. Dni, tygodnie i miesiące odmierzały Thorne'owi pełne wyrzutu twarze Martwej Christine, Martwej Madeleine, Martwej Susan. Tak by wyglądał ścienny kalendarz Thorne'a. Śledczy snuje własne wizje, wisi nad nim krążąca jak jastrząb śmierć i obawa, że nie da rady zatrzymać kryminalisty na czas. W ramiona niepewności Billingham usiłuje wtrącić także czytelnika, obnażając niepewne poszlaki Thorne'a i lekceważąc jego spostrzeżenia, lecz mi udało się z nich wyrwać przed końcem lektury. Lektury może nie do końca satysfakcjonującej, lecz na pewno dobrej, która z pewnością wyróżnia się wśród kryminalnych czytadeł. Bo niestety - do pełnokrwistego kryminału zabrakło namacalnego napięcia i emocji ściskających żołądek.

wtorek, 9 kwietnia 2013

Władczyni rzek - Philippa Gregory


Każdy  kto czyta książki Philippy Gregory wie, że nie pisze swoich książek w kolejności chronologicznej.  Cykl o Wojnie Dwu Róż także ma to do siebie. Należę do tych osób, które lubią czytać wszystko po kolei, więc moją przygodę z Gregory i jej książkami na temat angielskiego dworu, zaczęłam właśnie od „Władczyni rzek”, która jest historią Jakobiny Luksemburskiej, matki Katarzyny Woodville znanej czytelnikom z książki „Biała królowa”.  Pisarka przyznała, że dopiero podczas pracy nad „Białą królową” dotarła do różnych źródeł i odkopała zapomniany już nieco kawałek historii. Jakobina Luksemburska była arcyciekawą kobietą wywodzącą się nie tylko ze wspaniałego rodu, ale także według podań, od samej wodnej boginki Meluzyny i ten motyw jest dosyć istotny w książce, ale nie jest dominujący.

„Władczyni rzek” przenosi nas do XV wieku na chwilę przed rozpoczęciem krwawej wojny pomiędzy Lancasterami i Yorkami.  Poznajemy Jakobinę jako młodą dziewczynę, która odkrywa, że odziedziczyła dar przepowiadania przyszłości. Ten fakt nie jest wielką tajemnicą, a znany jest z pewnością angielskiemu regentowi Francji – Janowi Lancasterowi, księciu Bedfordu, który po śmierci swojej pierwszej żony Anny, postanawia ożenić się z młodą Jakobiną, aby wykorzystać jej magiczne zdolności. Młoda, niekochana, wykorzystywana Jakobina kieruje swe oczy ku Ryszardowi Woodvillowi, który jest giermkiem księcia Bedfordu. Po śmierci męża Jakobina daje ponieść się porywowi serca i bez zgody angielskiego dworu, popełnia mezalians wychodząc za mąż za szlachcica bez kropli królewskiej krwi. Młodzi popadają w niełaskę, ale po czasie Jakobina ma szansę zrehabilitowania się przywożąc z Francji małżonkę dla króla Henryka VI- Małgorzatę Andegaweńską, której przez lata będzie służyć jako dwórka i najbardziej zaufana przyjaciółka.

Philippa Gregory stworzyła wiele pełnokrwistych postaci, na których tle Jakobina jawi się naprawdę wyjątkowo. U schyłku średniowiecza kobieta miała jasno określoną pozycję, jej zadaniem było nie wychylać się z cienia męża, a z pewnością wielce niepożądanym było, aby miała jakakolwiek wiedzę wychodzącą poza obowiązki domowe, jak na przykład wróżbiarstwo  czy zielarstwo. Jakobina była świetną dyplomatką, która nie tylko potrafiła wpłynąć na swego męża, ale także na samą królową Małgorzatę Andegaweńską, musiała jednak kryć się ze swoją tajemnicą, aby nie zostać spaloną na stosie jak Eleonora Cobham, czy wspomniana na początku książki, Joanna d’Arc. Odważna, ambitna, nieustraszenie parła do przodu, była doskonałą dyplomatką, lawirującą wśród dworskich zwyczajów i potyczek, dlatego zawsze osiągała zamierzony cel.

Pisarka wyśmienicie połączyła prawdę historyczną z fikcją literacką, ukazując w swojej książce w sposób niezwykle jasny źródła konfliktów pomiędzy Lancasterami i Yorkami, ówczesną sytuację na dworze oraz klimat tamtych burzliwych czasów.  To powieść o wielkiej namiętności i żądzy zdobycia władzy i oczywiście o wspaniałej, wielkiej kobiecie. Wielobarwna i świetnie napisana bardzo przystępnym językiem, jest doskonałą lekturą, która pochłania się w zastraszającym tempie. Z największą przyjemnością przeczytam kolejną książkę o córce Jakobiny. 

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika

piątek, 22 marca 2013

Muzeum marzeń niemożliwych


Nie oceniaj książki po okładce. Niby wszyscy znają to powiedzenie, ja również je znam i do niedawna wydawało mi się, że nawet je rozumiem. Niestety, przy pierwsze nadarzającej się okazji okazało się, że jest dokładnie inaczej. Po ,,Przedostatnie marzenie" Angeli Beccery nigdy bym sama z siebie nie sięgnęła. Po pierwsze dlatego, że tytuł wydał mi dość kiczowaty i po drugie dlatego, że okładka przypominała mi tandetne Harlequiny, za którymi zdecydowanie nie przepadam. Koniec końców książkę dostałam w prezencie od znajomej i siłą rzeczy musiałam ją przeczytać. Nie żałuję.

Pewnego dnia katalońska policja znajduje w jednym z mieszkań ubrane w ślubne stroje, zastygłe w wiecznym uścisku zwłoki dwójki staruszków, Juana i Soledad. Dlaczego nikt nic nie wiedział o miłości tej pary? Dlaczego, i czy w ogóle zakochani popełnili samobójstwo? Ich historia sięga roku 1936...
Tę niezwykłą zagadkę próbują rozwiązać dzieci denatów, egoistyczny i skupiony tylko na pieniądzach Andreu i wrażliwa nauczycielka gry na fortepianie Aurora. W miarę czytania równolegle obserwujemy ich śledztwo jak i cofamy się w czasie, by poznać Juana i Soledad oraz ich historię. W międzyczasie podróżujemy od Barcelony, przez Cannes aż po Kolumbię poznając niezwykłą atmosferę tych miejsc w ciężkich czasach dyktatury generała Franco oraz II wojny światowej.

Cechą charakterystyczną stylu Beccery są liczne, doskonale wpasowane w tekst metafory. Chwilami przypomina to styl Paolo Coehlo, z tym, że Beccera nie pisze tak drażniąco. Sugerując się tym, że prawdziwa literatura obroni się sama chciałabym zamieścić tutaj kilka cytatów pochodzących z ,,Przedostatniego marzenia:

,,Teraz już wiem, że świat dzieli się na tych, którzy mają, i tych, którzy umierają z pragnienia, żeby mieć"

,,Nie było żywej duszy wśród tylu dusz śpiących"
Angela Beccera

,,Zmarszczki istnieją tylko w umyśle młodych, bo oni się ich boją. A wiesz dlaczego? Bo ich nie rozumieją"

,,Miłość bez pocałunków jest jak czekolada bez sera... A miłość bez rozsądku to jak jajko bez soli"

,,Ona pierze bieliznę zabrudzoną przez bogaczy, a ja kręcę się tu, po wnętrznościach tego hotelu, karmiąc ludzi, którzy nie wiedzą, co to jest głód."

Nie wszystkim pasuje taki styl pisania, stąd te cytaty -  gwoli ostrzeżenia. Wciągająca historia, ciekawe i niebanalne postacie, klimat dawnych lat. To wszystko znajdziecie w ,,Przedostatnim marzeniu". Ja ze swojej strony powtórzę, że byłam bardzo uprzedzona do tej książki, a po jej lekturze poczułam się mile zaskoczona. Polecam.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca


Wpis pochodzi z blogu A może byśmy coś przeczytali...

wtorek, 29 stycznia 2013

"Ostrygojady" Susan Fletcher


„Ostrygojady” Susan Fletcher to książka, która wciąga tak samo, jak morze w swoje głębiny.  Ja już jednak wiedziałam, jak pisze ta pisarka. Dwa lata temu przeczytałam jej debiutancką, hipnotyczną powieść „Eve Green”.  Krótkie, niemal urywane zdania, które są takie, jak główna bohaterka, piękne opisy, głównie morza, które pozwalają nam poczuć smak soli na skórze, a w oddali słyszeć jego huk i syk, drobne jak ziarnka piasku metafory – takie są właśnie „Ostrygojady”.

W szpitalnym łóżku, pogrążona w śpiączce od czterech lat, leży Amy, teraz już szesnastolatka.  Niemal co wieczór zjawia się w jej pokoju Moira – jej dwudziestosiedmioletnia siostra.
Moira siedząc w sali przy łóżku Amy odbywa spowiedź swojego życia, odkrywajac wszystkie zakątki swej duszy, także te najmroczniejsze. Powoli otwiera drzwi do swojego ja i wpuszcza tam nie tylko śpiącą siostrę, ale także wszystkie niewypowiedziane na głos myśli.
Moira. Mroczna, oddalona od świata i ludzi, czująca się szczęśliwa nad brzegiem Atlantyku, bo morze ją rozumiało, a ona była jego dzieckiem.  Nieumiejąca wpasować się w świat, który ją rozczarował i zranił, zamknęła się w świecie książek, atlasów i liczb. Logika tego języka do niej przemawiała, ale również ograniczała, powodując, że jej emocjonalne kalectwo jeszcze się pogłębiło. 
„To moje własne słowa, Amy. Chcę, żebyś o tym wiedziała. Nie pochodzą z książek ani z gazet. To mówię ja – osoba, której język, zamiast ze słów, jak u reszty ludzi, składał się głównie z liczb, symboli, znaków na skórze”.

Jej spowiedź to obrazki z przeszłości, które na początku pokazują Moirę szczęśliwą w domu rodziców, którego ogrodem było morze. Poczucie bycia wyjątkową zburzyły narodziny Amy, którą przez całe życie nie tylko nie kochała, czy nie lubiła, ale wręcz nienawidziła przez sam fakt zaistnienia, wtargnięcia do jej idealnego świata. Urażona, zawiedziona i wściekła korzysta ze swojego stypendium i wybiera porzucenie miejsca, który kocha najbardziej na świecie, ucieka do szkoły oddalonej o setki mil. A tam nawet nie słychać szumu morza, które co prawda jest, nawet niedaleko, ale ma inny kolor, zapach i dźwięk. Rozczarowuje. Tak jak wszyscy i wszystko dookoła.
Szkoła to ważny okres w życiu Moiry i poświęca  jej sporo miejsca w swoich wspomnieniach. Tam nie tylko wyalienowała się, ale i zapiekła w swoim gniewie w stosunku do rodziny, a w szczególności do Amy. Mówi także o swoim dorosłym życiu, o spotkaniu niezwykłego człowieka, malarza, mówiącego językiem innym niż sama Moira, ale który potrafił odnaleźć maleńką furtkę do jej wnętrza i do niej dotrzeć. 

Moira, która ma więcej w sobie ciemnych stron niż światła, budzi często antypatię, ale z drugiej strony fascynuje. Jej mroczna strona natury przyciąga jak magnes, a pisarka pięknym językiem i fascynującym przedstawieniem wnętrza „Czarownicy” potrafi złowić nas w swoją sieć sprawiając, że od książki nie można się oderwać. Zanurzamy się coraz bardziej i bardziej w jej odmęty, obawiając się wirów, czasami łapiąc łapczywie powietrze, ale mimo wszystko brniemy głębiej.
Świetna książka o alienacji, o byciu samotnym w rodzinie, o rodzinnych więzach, o dojrzewaniu do bycia człowiekiem. 

Pisarstwo Susan Fletcher zaintrygowało mnie, momentami mogłabym powiedzieć - zafascynowało. Mam więc nadzieję, że wydane zastaną po polsku jej kolejne dwie książki, które spodziewam się, są równie dobre. 





czwartek, 24 stycznia 2013

"Muzyka fal" Sara MacDonald


Czasami otwierając książkę znajdujemy coś zupełnie innego, niż się spodziewaliśmy. To miała być przyjemna, nostalgiczna opowieść o trzech pokoleniach Tremainów z Kornwalii, z małym polskim wątkiem. Było zupełnie inaczej. Lepiej i głębiej. Mogłabym napisać, że akcja książki jest raczej przewidywalna, a psychologiczne sylwetki bohaterów są dosyć płytkie i bez trudu zidentyfikujemy już na początku czarne i białe charaktery. Ale nie napiszę. Mimo, iż wiele na to wskazuje, to „Muzyka fal” Sary MacDonald nie jest przesiąknięta tanim melodramatyzmem. Nie napiszę też, że jest to ckliwa historia bazująca na emocjach czytelnika, mimo, iż łez wylałam sporo. Dla mnie to piękna książka, która dostarczyła mi wiele wzruszeń i skłoniła do refleksji nas sobą, otaczającymi mnie ludźmi, nad światem.

Fred i Martha Tremainowie to urocza para staruszków mieszkających w domu na kornwalijskim wybrzeżu. W otoczonym pięknym ogrodem domu stworzyli swój mały raj. Mieszka z nimi ich syn Barnaby, który jest pastorem oraz, przez większość czasu, także ich wnuczka – Lucy, która jest córką Anny, ich pierworodnej – ambitnej i zimnej prawniczki. Na jesiennym niebie życia Tremainów zaczynają się jednak pojawiać chmury, bowiem Martha choruje na Alzheimera, jedną z najboleśniejszych dla bliskich chorób. Wzruszająca, ciepła staruszka powoli odchodzi do własnego świata, świata, przed którym całe życie uciekała. Wspomina czasy kiedy w podwarszawskiej miejscowości była Martą Ołowską, Żydówką, która po sąsiedzku przyjaźniła się z Kurtem Saurerem – Niemcem. Przedwojnie i sama wojna spowodowały, że przyjaźń nie przetrwała, ale zawirowania historii sprawiły, że ich losy splotły się bardziej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. 

środa, 2 stycznia 2013

"Atlas chmur" David Mitchell



David Mitchell to artysta języka, rzeźbiarz jego formy i malarz słowami. Wziął go w swoje ręce, zapanował nad nim pisarskim piórem i rewelacyjnie wystylizował. Każda historia różni się stylistycznie od innej, ma swój indywidualny charakter wtopiony w opisywane czasy, dzięki czemu czytelnik wczuwa się bardziej w przewracanie kartek starego, pokładowego dziennika czy też prywatnej korespondencji. Przeszłość i daleka przyszłość zachęcają do zatracania się w nich na godziny, a ja mam wrażenie, że w ręce trzymam pożółkłe kartki, że czytam czyjąś prawdziwą historię. Siedzę obok podstarzałego wydawcy i śmieję się z nim nad jego pisarską pracą. Po chwili jednak te rzeczywistości ulatują i jestem świadkiem bardzo nietypowego przesłuchania - Mitchell nie pozwala zastygnąć na długo w jednej epoce.

XIX-wieczny dziennik pokładowy Ewinga trafia w ręce młodego kompozytora, Roberta Frobishera, który zmaga się z niedostatkiem i nietolerancją. Po wielu latach na jego partnera, naukowca Sixsmitha, napotyka się młoda, ambitna dziennikarka, Louisa Rey. Otwiera się przed nią szansa wywęszenia poważnej afery w związku ze stworzeniem nowej elektrowni. Louisa jest idealistką i chciałaby zostać poważaną dziennikarką. Jej opisana historia trafia do wydawcy Timothy'ego Cavendisha, zamotanego w ciemne interesy i liczne długi. Czytelnikowi opowiada, jak przez swoją lekkomyślność trafił do domu opieki starców Aurora House i planuje na kanwie tych wydarzeń stworzyć film. Ogląda go w dalekiej przyszłości fabrykantka Sonmi, która przeszła wiele, aby móc się wyzwolić spod absurdalnego jarzma i stać się w pełni świadomą osobą. Sonmi w jeszcze dalszej przyszłości zostaje kimś wielkim dla całkowicie upadłej cywilizacji, przypominającej w dużym stopniu życie pierwotnych ludzi. Wszystkie historie oprócz jednej podzielone są na dwie części - na początku poznajemy w chronologicznym porządku ich początki, a później w odwróconej kolejności zakończenia.

Zaczyna się od niewiedzy. Niewiedza rodzi strach. Strach rodzi nienawiść, a nienawiść przemoc. Przemoc prowadzi do dalszej przemocy, aż każde prawo staje się jedynie tym, czego pragną najsilniejsi.
Książka przyciąga jak magnes. Intryguje. Wzrusza. Cieszy. Bawi. Zmusza do myślenia. Wywołuje wielorakie emocje, od wzburzenia do współczucia, poprzez radość i smutek, przez zszokowanie i niespodziewane zakończenia. Zawarte są w niej zarówno humorystyczne spostrzeżenia postaci, subtelny i poetycki erotyzm, poruszająca niemoc, indywidualne spojrzenia na niesprawiedliwy świat jak i ich prywatny dramat, będący niewielką cząstką dramatu całej ludzkości. Jednostki wykreowane przez Mitchella zmagają się z wadami człowieczeństwa, z ludzką niesprawiedliwością, walczą o swoją nie negowaną przez nikogo rację bytu oraz o prawa innych. Erwin jest poruszony problemem ciemiężenia czarnoskórych osób, fabrykantka Sonmi edukuje się, aby walczyć o uznanie fabrykantów za pełnoprawnych ludzi, żeby nie traktowano ich jak klony wyszkolone do usługiwania innym, chociaż niestety taka jest tragiczna prawda...

Właściwie kto ma prawo decydować o losach innych ludzi? Czy jednostki są w stanie wzniecić ruch na tyle silny, aby wpłynąć na innych i zmienić świat? I czy naprawdę losy jednej osoby mogą tak ściśle powiązać się z życiem innej? Żaden z bohaterów Mitchella nie przyjmuje biernej postawy, ale czy osiąga on chociaż swoje cele? Ludzkość w pogoni za lepszym jutrem jest zaślepiona na prawdziwe wartości, które ulegają destrukcji, a wartości moralne zostały zapomniane dawno temu. Podczas lektury można postawić sobie o wiele więcej pytań.

Czego bym teraz nie oddał za niezmienną mapę tego, co zawsze nieuchwytne? Za swego rodzaju atlas chmur.

Czy Atlas chmur to przerost formy nad treścią? Absolutnie nie. Książka przekazuje wartościowe, niezmiernie interesujące historie, odziane w barwne, plastyczne style oraz zróżnicowane formy. Język tylko zwiększa jej wartość, urozmaica Ucztę wyobraźni i świadczy o niezwykłym pisarskim kunszcie, o talencie do stworzenia czegoś tylko na pozór chaotycznego, czegoś, co jest naprawdę perfekcyjnie przemyślane i skomponowane. Miałam trudności z wyobrażeniem sobie w jednej książce tylu form i gatunków. Jak to wszystko razem miałoby funkcjonować, tworzyć spójną całość? A jednak potrafi, dzięki rozmaitym wpływom bohaterów na kolejnych, dzięki niesamowitej pomysłowości autora. Mitchell w części Atlasu chmur bawi się z czytelnikiem, wystawia go na zmaganie się z przestarzałą już obecnie budową zdań. Celowo tworzy dziwaczne błędy, łączy słowa w nietypowe związki, stwarza neologizmy i zabawia się z ortografią. Wszystkie te zabiegi mają na celu z jednej strony uwiarygodnienie istnienia dziennika pokładowego i postaci na przestrzeni lat, z drugiej strony świadczą o niezwykłość i inności epok, jakie stworzył Mitchell, uwypuklają zachodzące zmiany w rozwoju ludzkości.

Razem ze Starym Dżordzim, to żeśmy se drogi przecięli więcej razy, niż w ogóle pamiętam, i jak już umrę, kto wie, co ten diabeł zębaty spróbuje mi jeszcze wykrątać...Daj no mi baraninki, to powiem ci, jak go spotkałem po raz pierwszy. Tłusty, soczysty kawał mi daj, nie taki tam paździerz spalony...

Pisarz najpiękniej przelał swoje umiejętności pisarskie w postać Frobishera - młody Robert, dzięki lekkiemu pióru, pisze listy niezwykle obszernie, plastycznie, momentami wręcz poetycko. Czyta się je z zapartym tchem jak opowiadania, jak malownicze pejzaże i tętniące życiem losy bohaterów. Dzięki nim znacznie częściej widziałam w wyobraźni Roberta w ruchu, niż siedzącego przy biurku i zawzięcie spisującego swoją historię. Wykreowane postacie tworzą całą plejadę osobowości, nawet te drugoplanowe nie pozostają słabiej nakreślone.Mitchell zadbał oczywiście także o psychologiczny aspekt każdej postaci - ich umotywowania są wyjaśnione przejmująco, wiarygodnie. Oprócz poważnych problemów zmagają się także z prywatnymi czułostkami, jak każdy człowiek, mają swoje chwile słabości i zwątpienia. Bohaterowie książki są dopracowani pod każdym drobnym szczegółem, nie brakuje im niczego, siedzą w głowie czytelnika i z niecierpliwością oczekują na swoją kolej opowiadania.
  
Miała ciało amazonki, bardziej sprężyste, niż zwykle u dojrzałych kobiet, i technikę lepszą niż wiele klaczy, których dosiadałem za dziesięć szylingów. Podejrzewać można, że kryje się za tym długa lista ogierów, zapraszanych, by pasły się u jej żłobu.

Atlas chmur to dla mnie najlepsza książka, jaką przeczytałam w roku 2012. Jest wyjątkowa również na polu mojej całej czytelniczej pasji. A fakt, że przez znakomitych brytyjskich krytyków - Richarda Madeleya i Judy Finnigan - została uznana za jedną ze Stu Książek Dekady, powinien być ostatecznym argumentem, zachęcającym do jak najszybszego sięgnięcia po tę książkę. 

Recenzja bierze również udział w styczniowej edycji wyzwania :)