Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą literatura współczesna. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

"Kokon" - Mark Billingham



Inspektor Thorne, wpasowujący się w standardowe wyobrażenia większości śledczych (czyt. obiekt samotny, nadużywający alkoholu, wiecznie niewyspany, często załatwiający sprawy pięściami i kontaktami przestępczymi, trochę depresyjny typ, któremu wpadła w oko seksowna babka) musi stawić czoła mordercy kobiet, którego ostatnia ofiara uszła z życiem, jednak jest sparaliżowana. Tutaj jednak Billingham odwraca kota do góry ogonem i okazuje się, że domniemany morderca nie chce mordować. Trzy martwe kobiety to jego nieszczęśliwe wypadki przy pracy. Allison, czwarta ofiara, to właściwie skończone dzieło. Przez otumanienie, uciskanie tętnicy, zerwanie więzadeł szyjnych i tym samym doprowadzenie do udaru. Makabryczne uwięzienie we własnym ciele. Chodzi o dążenie do doskonałości. O perfekcję. O wybranie tego, co słabe, łatwo psujące się i wadliwe, i usunięcie wiążących się z tym potrzeb. Wyeliminowanie związanych z tym zależności. Pozwolenie mózgowi, który jest jedynie cokolwiek wartą częścią ciała, aby rozkwitał bez ograniczeń stawianych przez ciało. Chodzi o wolność.

Jednak literacki debiut Marka Billinghama w części musiałam po prostu zmęczyć. W fotel ze znużenia wbiły mnie miłosne igraszki i rozterki między Thornem, doktor Anne Coburn i sarkastycznym Bishopem na dodatek, na którego bez przerwy z podejrzeniami patrzył Thorne. Szczerze, myślałam, że pisarz nigdy nie wrzuci ich do łóżka dla mojego świętego spokoju, a dalej będę brnęła przez jakieś krępujące spojrzenia, skromne podchody i depresyjne myśli Thorne'a, które zawieszały raz po raz frapującą i niebezpieczną akcję, wprowadzając do fabuły oklepane, obyczajowe schematy, w tym wg mnie oderwany od całości, postrzępiony wątek córki Anne. Na szczęście lekkie, sugestywne, indywidualizowane i pomysłowe pióro Billinghama zachęciło do dalszego czytania powieści i w końcowym rozrachunku nie żałuję poświęconego czasu, nawet jeśli zakończenie nie zawirowało intensywnie moją wyobraźnią.

Doskonałym zabiegiem było wprowadzenie myśli Allison, niekiedy utrzymanych w tonie, jak sama mówiła - albo raczej myślała, chorego humoru. Doskonałym tego przykładem jest ponury dowcip o Panu Ziemniaku, który miał wypadek i znalazł się w identycznym stanie jak dziewczyna. Aż skóra cierpnie. Milcząca Allison stała się cichą powierniczką Anne, jej rozterek i zdenerwowań. Jedyną szansą na kontakt ze światem był powolne i frustrujące porozumiewanie się za pomocą mrugania powiekami, które nie zawsze chciały się słuchać. Czytelnika może zaszokować to, że sparaliżowana dziewczyna nie użala się nad sobą, nie popada w niemy obłęd, nie myśli ciągle o umieraniu - ona chce znaleźć sobie zajęcie w swojej własnej głowie. Móc tworzyć i narzekać. Móc decydować o sobie. Przy jej unieruchomionej postaci na myśl przychodzą od razu takie genialne filmy jak Motyl i skafander albo Johnny poszedł na wojnę, który niesie ze sobą tak silny ładunek emocjonalny, że nie chcę go oglądać drugi raz.  
Możecie mnie nazywać Zdumiewającą Mrugającą Kobietą! Tyle tylko że coś kiepsko radzę sobie z występami, czyż nie? (...) Krzyczałam w myślach na moje powieki. Zupełnie jakby sygnał wygasł w moim mózgu. Ale powoli. Można to porównać do rozklekotanej starej łady sunącej wolno od jednego obwodu do drugiego, czy jak to się tam nazywa. Neuroautostrady czy jakoś tak. 
Billingham ukazał głównego bohatera w wielu powiązaniach, z jednej strony uwiarygadniając jego kryminalny portret, a z drugiej rozwlekając akcję do granic możliwości, często nie posuwając śledztwa do przodu. Dni, tygodnie i miesiące odmierzały Thorne'owi pełne wyrzutu twarze Martwej Christine, Martwej Madeleine, Martwej Susan. Tak by wyglądał ścienny kalendarz Thorne'a. Śledczy snuje własne wizje, wisi nad nim krążąca jak jastrząb śmierć i obawa, że nie da rady zatrzymać kryminalisty na czas. W ramiona niepewności Billingham usiłuje wtrącić także czytelnika, obnażając niepewne poszlaki Thorne'a i lekceważąc jego spostrzeżenia, lecz mi udało się z nich wyrwać przed końcem lektury. Lektury może nie do końca satysfakcjonującej, lecz na pewno dobrej, która z pewnością wyróżnia się wśród kryminalnych czytadeł. Bo niestety - do pełnokrwistego kryminału zabrakło namacalnego napięcia i emocji ściskających żołądek.

środa, 10 kwietnia 2013

"ZIMA ŚWIATA" KEN FOLLETT


O "Upadku gigantów" pisałam nieco ponad rok temu, w tej notce . Od tego czasu to jeden z najpopularniejszych postów na blogu. Pytanie o drugi tom z cyklu Trylogia Stulecia, powtarzało się bardzo często w zapytaniach. Wreszcie jest. Powiem szczerze, że choć pierwszy tom mnie zainteresował, to jednak nigdy nie żałowałam, że zapoznałam się z nim przez bibliotekę. Po przeczytaniu nigdy nie miałam myśli, by jednak kupić i cieszyć się nim na półce. 
Kiedy do księgarń zawitał tom drugi, miałam moment zwątpienia. Wyłożone w Empiku tomy w twardej oprawie, bardzo kusiły, choć para na okładce niebezpiecznie kierowała moje czytelnicze skojarzenia w stronę typowego romansu. Biłam się z myślami długo, bo cykle lubię kończyć. Nawet jak coś jest generalnie nienajlepsze, mam wielką pokusę, by kupić, przeczytać. Najwyżej później wymienię. :)
Pewnie w końcu jakaś wizyta w księgarni, skończyłaby się szybkim zakupem, tak by niedoszły do głosu wątpliwości. Na szczęście zanim tak się stało, zauważyłam "Zimę świata" na liście zakupów mojej biblioteki. Kolejka oczekiwania była długa, ale pod koniec zeszłego tygodnia książka trafiła w moje ręce.

Ten bardzo długi wstęp ma Wam uświadomić, jak mimo wszystko czekałam na tę książkę. Oczekiwania miałam duże, bo pierwsza część, mimo kilku zastrzeżeń, czytała się bardzo szybko, a i tematyka była z tych bardzo interesujących. Kiedy spojrzałam całkiem niedawno na średnią ocena na Biblionetce, byłam zachwycona. Nota w granicach 5,00 sugerowała, że autor poprawił niedociągnięcia tomu pierwszego i drugi będzie czystą rozkoszą dla czytelnika.

Faktem jest, że Follett podjął się bardzo trudnego zadania. Osnucie fabuły na filarach najważniejszych wydarzeń XX wieku wymusza rozmach w doborze miejsc akcji i bohaterów. Trudno sobie jednak wyobrazić bardziej przyciągające tematy. Dwie wojny  światowe, feminizm, rozwój komunizmu i faszyzmu, to tylko niektóre z tematów, które znajdziemy na ponad dwóch tysiącach stron obu tomów. 
Brzmi zachęcająco, prawda?

"Zima stulecia" obejmuje lata 1933 - 1949. Pierwszoplanowi bohaterowie to dzieci postaci opisywanych w
"Upadku gigantów". Dobrze znani znajomi z tego tomu, tym razem występują w drugim planie. Następuje zmiana pokoleń, ale nadal Follett ma ambicję pokazać szeroki przekrój społeczny i polityczny. Śledzimy więc losy bogatej amerykańskiej dziedziczki, lekceważonej przez śmietankę towarzyską, która w końcu decyduje się na podbój angielskiej arystokracji. Autor przerzuca akcję z USA do Anglii, z Niemiec do Związku Radzieckiego, opisując koleje losów polityków, żołnierzy, działaczy komunistycznych, przeciwników i zwolenników faszyzmu.
Bardzo duży rozrzut sprawia, że czasem ma się wrażenie, jakby czytało się kilka powieści, których bohaterowie dziwnym trafem, często się spotykają. Kiedy już poczułam, że zagłębiam się w jedną opowieść, po chwili okazywało się, że muszę się przenieść w inne realia. Trochę to psuło rytm powieści. 

Poza tym pisanie o tak wielu bohaterach wymagało dużej skrótowości. Zaowocowało to nagromadzeniem bardzo nieraz dramatycznych wydarzeń na kilku stronach. Ciężko mi się było przejąć jednym dramatem, bo wiedziałam, że w następnym rozdziale wydarzy się następny. A Follett swoich postaci nie oszczędza. Trudno się zresztą dziwić, bo przecież wszystkie postacie są w samym środku wydarzeń kształtujących obraz świata. Powinno to dawać efekt wyczuwalnego napięcia, tymczasem powieść tego napięcia jest tak naprawdę pozbawiona. Przełomowe wydarzenia nie przykuwają uwagi, bo jest ich za dużo. Ciągle ten, czy inny bohater się zakochuje, poznaje miłość swojego życia, traci z nią kontakt, rozwodzi się, zaręcza, przeżywa śmierć kogoś bliskiego. I tak fabuła się kręci, a autor zmienia tylko otoczenie i imiona. 
Drugim sposobem na zagwarantowanie dramatyzmu akcji, miało zapewne być wrzucenie wszystkich postaci w wielki tygiel zmian historycznych. Sprawdziło się to w pierwszym tomie, kiedy miałam wrażenie, że zaglądam za kulisy historii. W drugim tomie to nie zdało egzaminu. Ilość zagrożeń jaka czyha na bohaterów, szybko przestaje robić jakiekolwiek wrażenie na czytelniku. Przecież autor nie zabije jedynej postaci, poprzez którą poznajemy sytuację np. w Niemczech, czy USA. 

Podstawową słabością tej powieści jest paradoksalnie jej rozmach. Dodanie większej ilości drugoplanowych bohaterów rozwlekłoby fabułę w nieskończoność. Ograniczenie pierwszoplanowych postaci do kilku osób, spowodowało, że nie mamy do czynienia z pełnowymiarowymi ludźmi, a raczej z modelami, którym kazano przeżywać wszystkie możliwe radości i problemy, zmieniające się tylko w zależności od miejsca urodzenia i zamieszkania. Poza tymi wymuszonymi położeniem geograficznym i różnicami politycznymi zmianami, postacie Folletta są zadziwiająco wręcz podobne. Prawdziwy koszmar zaczyna się jednak wtedy, kiedy autor wkłada w ich usta przemowy, które streszczają przemiany zachodzące w poszczególnych krajach, co wypada bardzo sztucznie i dodatkowo odbiera bohaterom ludzkości, czyniąc z nich tylko przekładowe jednostki.

Tak sobie piszę i wychodzi na to, że "Zima świata" absolutnie mi się nie podobała. A jednak przeczytałam te ponad tysiąc stron i jeśli biblioteka zakupi tom trzeci, to też przeczytam. Powód tkwi, w tym, że naprawdę muszę poznać koniec, jeśli zaczęłam czytać.
Po drugie zaś nie potrafię odmówić sobie lektury żadnej książki, której akcja zahacza o II wojnę światową. 
Tutaj dodatkowym atutem, była obecność niemieckiej rodziny, będącej tym samym świadkiem rozwoju faszyzmu, fobii skierowanej przeciwko Żydom, by potem uświadomić sobie, że klęska Niemiec jest tylko kwestią czasu, a dawnym wygranym przyjdzie się zmierzyć z okrutnym odwetem radzieckich żołnierzy. Bardzo mnie również ucieszył fakt, że Follett nie przemilczał flirtu Anglii z nazizmem, który znalazł swoich zwolenników wśród przedstawicieli arystokracji. 
I choć i tutaj autor prześlizguje się tylko po ważnych problemach, bo zwyczajnie jest ich za wiele, by wszystkim poświęcić tyle miejsca, na ile zasługują, to jednak ta część powieści sprawia, że nie żałuję czasu spędzonego z drugim tomem "Trylogii Stulecia".



wtorek, 26 marca 2013

"Więzień nieba" - Carlos Ruiz Zafon


(...) ale wiem, że mój Fermin zwiedził kawał świata, przeżył niejedną przygodę. On mi nigdy nie opowiadał o tym, co robił, zanim mnie poznał, ale ja wiem, że miał inne kobiety i tułał się po świecie. Och, jakże zaniepokojona Bernarda, narzeczona Fermina Romero de Torres, myliła się co do swojego tajemniczego kochanka. Mimo, że w Więźniu nieba Zafon w końcu odsłania przeszłość pilnie strzeżącego swoich prywatnych spraw Fermina, jej nadal nie jest dane dowiedzieć się o nim prawdy.  


Ja także się myliłam, jednak nie w stosunku do Fermina, do którego pałałam zaufaniem i sympatią, od kiedy wkroczył na karty wdzięcznych, niepokojących i uwodzicielskich historii Zafona. Pomyliłam się jednak myśląc, że biorąc do ręki Więźnia nieba, otrzymam znów powieść o znamionach gotyckości, okraszoną poetyckim językiem, którą można się rozkoszować i dzięki niej karmić swoją wyobraźnię niezwykle nakreślonymi obrazami Barcelony, nędzy i przybytku, historiami skonstruowanymi z wielkim pietyzmem i dbałością o poruszające uczucia. Zafon zostawił w szufladzie wyrafinowane i stylowe pióro, częstując twardym realizmem i swobodnym językiem, który kreuje opowieść sensacyjną, umiejscowioną w pierwszych latach II wojny światowej, m.in. w obrzydliwym i obskurnym więzieniu.

Rok 1957. Daniel Sempere wiedzie szczęśliwy, aczkolwiek biedny żywot ze swoją żoną Beą, synem Julianem, starym Sempere i nieodłącznym przyjacielem Ferminem. Księgarnia rodziny Sempere nie przynosi dużych zysków, jednak pewnego dnia gości odrażającego i niezwykłego klienta - kulawego starca bez jednej ręki, który kupuje najpiękniesze i najdroższe wydanie Hrabiego Monte Christo. Zostawia książkę na miejscu do doręczenia wskazanemu adresatowi i wychodzi. Daniel z wielkim zaskoczeniem odkrywa na stronie dedykację: 

Dla Fermina Romero de Torres, który powrócił spośród umarłych i jest w posiadaniu klucza do przyszłości. 
13

Czytelnicy Cienia wiatru pamiętają z pewnością nieoczekiwane pojawienie się w życiu młodego Daniela żebraka Fermina. Tajemniczy mężczyzna, z dużym poczuciem rubasznego humoru i darem do poetyckiego, ale także popisowego wysławiania się, celnie ripostujący, zdawałoby się - beztroski, jednak nie. Owiany enigmatyczną przeszłością, o której zawzięcie milczy, nawet jeśli pojawia się nad nim groźny cień Inspektora Fumero. Z wypiekami na twarzy sięgnęłam po Więźnia wiatru, aby w końcu zaspokoić moją ciekawość i poznać historię, jaka kryje się za tym szelmowskim uśmiechem kobieciarza i mężczyzny, który wzbrania się o mówieniu o sobie, a jednocześnie odpiera nawet najgorsze zarzuty. 

Pojawienie się starca przypiera Fermina do ściany, który chcąc nie chcąc, dzieli się z Danielem swoją historią. Jak się okaże, związaną z rodziną Sempere i zagadkowymi bohaterami, których fani Zafona znają już z poprzednich powieści. Przeszłość Fermina zapuka stanowczo do drzwi Daniela i pozostawi po sobie raniące drzazgi, których Daniel nie będzie mógł sam się pozbyć. Dlatego to także opowieść o zaufaniu, przyjaźni i nieco nadwątlonej miłości, którą można uratować wspólnymi siłami. 

Koleje losu Fermina w latach 40. są dramatyczne, niepozbawione ironicznego spojrzenia, śladów  zwycięstw i porażek, odarcia człowieka z godności, traktowanego nie raz jak szczura, jednak czegoś mi zabrakło. Tym "czymś" była cudowna, porywająca proza, którą Zafon objawił się w Cieniu wiatru i Grze Anioła, która z pewnością poradziłaby sobie z obrazami brutalności, śmierci, nędzy, egocentrycznych drani, pogardy dla człowieka  i braku skrupułów. Gdyby Zafon ponownie użył swojego wypracowanego stylu, nie oskarżałabym pisarza o schematyczność - mogłabym się przenieść z ogromną satysfakcją i niesłabnącym podnieceniem do kolejnej historii, splatającej się zawzięcie z poprzednimi. A tak pióro stało się niewyróżniające i przeciętne, a Cmentarz Zapomnianych Ksiażek wydawał mi się umieszczony w fabule na siłę, marginalnie, nie pasując idealnie do żadnego wątku. Przecież Więzień nieba to już nie ten sam nostalgiczny, literacki świat. 

"Interesująca" to słabe słowo dla powieści Zafona, mizerne w porównaniu do zachwytów, jakimi darzyłam poprzednie powieści, jednakże zupełnie poprawne. I niestety wystarczające, ponieważ Zafon nie podał nam w niej nawet zamkniętego rozwiązania, jak czynił to w poprzednich powieściach, zostawiając sobie tylko boczną, nawet niewidoczną, uchyloną furtkę do kolejnej opowieści. Tutaj otworzył całe wrota, a mi nie było dane przez nie przejść z niedosytem, bo ta historia się nie skończyła. Ona się dopiero rozpocznie i mam nadzieję, że Zafon powróci w starej, sprawdzonej formie, aby mnie oczarować. Być może zaszufladkowałam tego pisarza, ale w jak najlepszych intencjach. 

wtorek, 29 stycznia 2013

"DOM FLORY" KATIE FFRODE


Flora to dziewczyna, która zawsze wybierze elegancję. Nawet na długą podróż założy piękne buty, nie mające nic wspólnego z poczuciem wygody. Od początku też dostrzec można w niej skłonność do zakupoholizmu. Brak pieniędzy na koncie wynagradza szafka pełna włoskiego obuwia. Cóż, różne są sposoby na życie.
Nieoczekiwanie dziewczyna dostaje spadek w postaci większości udziałów w firmie swojego wuja, zajmującej się sprzedażą antyków, mebli i przeróżnych drobiazgów. Wyjeżdża więc z Londynu, wynajmuje mieszkanie i rusza na prowincję. Na miejscu dowiaduje się, że współwłaściciel firmy, jej kuzyn Charles, najchętniej by odkupił część jej spadku, by zapewnić udziały swojej narzeczonej. Zarówno on, jak i Annabelle od poczatku traktują Florę bardzo nieuprzejmie, widząc w niej rozkapryszoną blondynke, dla której działalność zarobkowa jest tylko chwilową fanaberią.
Flora postanawia im udowodnić, że się mylą i nie zważając na brak sklepów, rozrywek, mieszkanie w leśniczówce zostaje w miasteczku.
"Dom Flory" miał chyba w założeniu trafić do gustów szerokiego grona odbiorców. Z jednej strony mamy motyw odnajdywania swojego miejsca, w oteczeniu całkiem innym od dotychczasowego i odkrywania uroków prostego życia, w spokoju, z dala od wielkich miast, gdzie wszystko biegnie innym rytmem. Z drugiej strony istnieje tu też wątek uczuciowy oparty na dwóch typach mężczyzn. Jeden to solidny, bezpieczny, godny zaufania, na którym można zawsze polegać. Drugi zaś ma opinię kobieciarza i wszyscy wokół ostrzegają bohaterkę przed jego zgubnym wpływem. Nie bez znaczenia jest również to, że ten solidniejszy jest już zajęty.
Wszystko fajnie. Miało być lekko, przyjemnie, czasem zabawnie. Miało być, ale nie było niestety.
Jest to książka zadziwiająco mdła. Zasygnalizowane zostają przeróżne problemy. Annabelle chce zlikwidować firmę, Charles jest zadłuzony u jej ojca i raczej trudno jest mu, jej się przeciwstawić. Konflikt goni konflikt, ale my otrzymujemy tylko ich sygnały. Żdanej konkretnej awantury, intrygi, nawet w komediowym charakterze.
Jeżeli już dojdzie do jakiegoś nieporozumienia, albo któryś z bohaterów odważy się wypowiedzieć swoje zdanie, to zaraz zastępują sceny grzecznych przeprosin, uzupełnionych komplementem i ogólnie wszyscy spijają sobie z dzióbków. W tej dosyć obszernej powieści po prostu brak jakiegokolwiek napięcia.
Najbardziej drażniło mnie to, że wszelkie informacje o bohaterach musi przyjąć za pewnik, nic nie pozwala nam ich zweryfikować, czy potwierdzić. Na przykład taki Henry - kobieciarz. To, że to potencjalnie osobnik raczej nie wart zachodu jest nam tylko oznajmione. I to wszystko. A ja sobie ostrzyłam ząbki na jakąś emocjonującą scenkę z nim, rozczarowaną Florą i jakąś trzecią zołzą.
Autorka niestety nie wykorzystuje możliwości jakie dają wszystkie motywy, z ktorych korzystała przy konstruowaniu fabuły.
Wyszło bardzo nijako.

Wyzwania: Tea Time z Corridą
                  Booktroter: Anglia

Opublikowane wcześniej na blogu: KSIĄŻKOWE PODRÓŻOWANIE

środa, 2 stycznia 2013

"Atlas chmur" David Mitchell



David Mitchell to artysta języka, rzeźbiarz jego formy i malarz słowami. Wziął go w swoje ręce, zapanował nad nim pisarskim piórem i rewelacyjnie wystylizował. Każda historia różni się stylistycznie od innej, ma swój indywidualny charakter wtopiony w opisywane czasy, dzięki czemu czytelnik wczuwa się bardziej w przewracanie kartek starego, pokładowego dziennika czy też prywatnej korespondencji. Przeszłość i daleka przyszłość zachęcają do zatracania się w nich na godziny, a ja mam wrażenie, że w ręce trzymam pożółkłe kartki, że czytam czyjąś prawdziwą historię. Siedzę obok podstarzałego wydawcy i śmieję się z nim nad jego pisarską pracą. Po chwili jednak te rzeczywistości ulatują i jestem świadkiem bardzo nietypowego przesłuchania - Mitchell nie pozwala zastygnąć na długo w jednej epoce.

XIX-wieczny dziennik pokładowy Ewinga trafia w ręce młodego kompozytora, Roberta Frobishera, który zmaga się z niedostatkiem i nietolerancją. Po wielu latach na jego partnera, naukowca Sixsmitha, napotyka się młoda, ambitna dziennikarka, Louisa Rey. Otwiera się przed nią szansa wywęszenia poważnej afery w związku ze stworzeniem nowej elektrowni. Louisa jest idealistką i chciałaby zostać poważaną dziennikarką. Jej opisana historia trafia do wydawcy Timothy'ego Cavendisha, zamotanego w ciemne interesy i liczne długi. Czytelnikowi opowiada, jak przez swoją lekkomyślność trafił do domu opieki starców Aurora House i planuje na kanwie tych wydarzeń stworzyć film. Ogląda go w dalekiej przyszłości fabrykantka Sonmi, która przeszła wiele, aby móc się wyzwolić spod absurdalnego jarzma i stać się w pełni świadomą osobą. Sonmi w jeszcze dalszej przyszłości zostaje kimś wielkim dla całkowicie upadłej cywilizacji, przypominającej w dużym stopniu życie pierwotnych ludzi. Wszystkie historie oprócz jednej podzielone są na dwie części - na początku poznajemy w chronologicznym porządku ich początki, a później w odwróconej kolejności zakończenia.

Zaczyna się od niewiedzy. Niewiedza rodzi strach. Strach rodzi nienawiść, a nienawiść przemoc. Przemoc prowadzi do dalszej przemocy, aż każde prawo staje się jedynie tym, czego pragną najsilniejsi.
Książka przyciąga jak magnes. Intryguje. Wzrusza. Cieszy. Bawi. Zmusza do myślenia. Wywołuje wielorakie emocje, od wzburzenia do współczucia, poprzez radość i smutek, przez zszokowanie i niespodziewane zakończenia. Zawarte są w niej zarówno humorystyczne spostrzeżenia postaci, subtelny i poetycki erotyzm, poruszająca niemoc, indywidualne spojrzenia na niesprawiedliwy świat jak i ich prywatny dramat, będący niewielką cząstką dramatu całej ludzkości. Jednostki wykreowane przez Mitchella zmagają się z wadami człowieczeństwa, z ludzką niesprawiedliwością, walczą o swoją nie negowaną przez nikogo rację bytu oraz o prawa innych. Erwin jest poruszony problemem ciemiężenia czarnoskórych osób, fabrykantka Sonmi edukuje się, aby walczyć o uznanie fabrykantów za pełnoprawnych ludzi, żeby nie traktowano ich jak klony wyszkolone do usługiwania innym, chociaż niestety taka jest tragiczna prawda...

Właściwie kto ma prawo decydować o losach innych ludzi? Czy jednostki są w stanie wzniecić ruch na tyle silny, aby wpłynąć na innych i zmienić świat? I czy naprawdę losy jednej osoby mogą tak ściśle powiązać się z życiem innej? Żaden z bohaterów Mitchella nie przyjmuje biernej postawy, ale czy osiąga on chociaż swoje cele? Ludzkość w pogoni za lepszym jutrem jest zaślepiona na prawdziwe wartości, które ulegają destrukcji, a wartości moralne zostały zapomniane dawno temu. Podczas lektury można postawić sobie o wiele więcej pytań.

Czego bym teraz nie oddał za niezmienną mapę tego, co zawsze nieuchwytne? Za swego rodzaju atlas chmur.

Czy Atlas chmur to przerost formy nad treścią? Absolutnie nie. Książka przekazuje wartościowe, niezmiernie interesujące historie, odziane w barwne, plastyczne style oraz zróżnicowane formy. Język tylko zwiększa jej wartość, urozmaica Ucztę wyobraźni i świadczy o niezwykłym pisarskim kunszcie, o talencie do stworzenia czegoś tylko na pozór chaotycznego, czegoś, co jest naprawdę perfekcyjnie przemyślane i skomponowane. Miałam trudności z wyobrażeniem sobie w jednej książce tylu form i gatunków. Jak to wszystko razem miałoby funkcjonować, tworzyć spójną całość? A jednak potrafi, dzięki rozmaitym wpływom bohaterów na kolejnych, dzięki niesamowitej pomysłowości autora. Mitchell w części Atlasu chmur bawi się z czytelnikiem, wystawia go na zmaganie się z przestarzałą już obecnie budową zdań. Celowo tworzy dziwaczne błędy, łączy słowa w nietypowe związki, stwarza neologizmy i zabawia się z ortografią. Wszystkie te zabiegi mają na celu z jednej strony uwiarygodnienie istnienia dziennika pokładowego i postaci na przestrzeni lat, z drugiej strony świadczą o niezwykłość i inności epok, jakie stworzył Mitchell, uwypuklają zachodzące zmiany w rozwoju ludzkości.

Razem ze Starym Dżordzim, to żeśmy se drogi przecięli więcej razy, niż w ogóle pamiętam, i jak już umrę, kto wie, co ten diabeł zębaty spróbuje mi jeszcze wykrątać...Daj no mi baraninki, to powiem ci, jak go spotkałem po raz pierwszy. Tłusty, soczysty kawał mi daj, nie taki tam paździerz spalony...

Pisarz najpiękniej przelał swoje umiejętności pisarskie w postać Frobishera - młody Robert, dzięki lekkiemu pióru, pisze listy niezwykle obszernie, plastycznie, momentami wręcz poetycko. Czyta się je z zapartym tchem jak opowiadania, jak malownicze pejzaże i tętniące życiem losy bohaterów. Dzięki nim znacznie częściej widziałam w wyobraźni Roberta w ruchu, niż siedzącego przy biurku i zawzięcie spisującego swoją historię. Wykreowane postacie tworzą całą plejadę osobowości, nawet te drugoplanowe nie pozostają słabiej nakreślone.Mitchell zadbał oczywiście także o psychologiczny aspekt każdej postaci - ich umotywowania są wyjaśnione przejmująco, wiarygodnie. Oprócz poważnych problemów zmagają się także z prywatnymi czułostkami, jak każdy człowiek, mają swoje chwile słabości i zwątpienia. Bohaterowie książki są dopracowani pod każdym drobnym szczegółem, nie brakuje im niczego, siedzą w głowie czytelnika i z niecierpliwością oczekują na swoją kolej opowiadania.
  
Miała ciało amazonki, bardziej sprężyste, niż zwykle u dojrzałych kobiet, i technikę lepszą niż wiele klaczy, których dosiadałem za dziesięć szylingów. Podejrzewać można, że kryje się za tym długa lista ogierów, zapraszanych, by pasły się u jej żłobu.

Atlas chmur to dla mnie najlepsza książka, jaką przeczytałam w roku 2012. Jest wyjątkowa również na polu mojej całej czytelniczej pasji. A fakt, że przez znakomitych brytyjskich krytyków - Richarda Madeleya i Judy Finnigan - została uznana za jedną ze Stu Książek Dekady, powinien być ostatecznym argumentem, zachęcającym do jak najszybszego sięgnięcia po tę książkę. 

Recenzja bierze również udział w styczniowej edycji wyzwania :)
 

wtorek, 11 grudnia 2012

Bartleby i spółka - Enrique Vila-Matas

Wszyscy znamy bartlebych: to istoty przepełnione głęboką negacją świata. Ich nazwa pochodzi od nazwiska skryby Bartleby'ego z opowiadania Hermana Melville'a, kopisty, który chyba nigdy nic nie czyta (...) zawsze odpowiada tymi samymi słowami:
- Wolałbym nie.

Enrique Vila-Matas, pisarz hiszpańskiego pochodzenia, stworzył książkę metaliteracką, będącą połączeniem formy esejów na temat powstałej i niestworzonej literatury i pamiętnika balansującego między rzeczywistością a fikcją. Wcielił się w rolę niepiszącego od dwudziestu pięciu lat mężczyzny, który postanawia stworzyć przypisy do niewidzialnego tekstu. Chce sporządzić swoistą antologię pisarzy, którzy przestali nimi być - nagle porzucili świetnie zapowiadającą się karierę pisarską lub nawet jej nie rozpoczęli...Nasz pamiętnikarz pisze o tym, dlaczego nie mogli zacząć tworzyć świata literatury pięknej lub nagle wycofali się w cień, uparcie milcząc i nie wyjawiając prawdziwego powodu ucieczki. Niektórzy stworzyli postacie literackie będące odpowiednikami bartleby'ego - czy przelali wobec tego w nich swoje obawy?

Ciekawe, czy potrafię tak pisać. Jestem przekonany, że już samo węszenie w labiryncie Nie może otworzyć drogi wiodące do literatury jutra. Ciekawe, czy umiem je nakreślić.

 Vila-Matas w swojej eseistycznej książce zaprasza na wycieczkę po owym labiryncie Nie i obiecuje zajrzeć w zakamarki należące do poszczególnych pisarzy Nie. Przez jego rozmyślania przewijają się  bardzo znane postacie, takie jak Kafka, Salinger lub Baudelaire oraz wizerunki mniej znanych badaczy historyczno-literackich. Pisarz skupia się na paskudnym zespole objawów, które przyczyniają się do uczucia niemocy twórczej, frustrującej i niepożądanej lub przyjętej ze spokojem, będącej wyborem, stara się dotrzeć do jak największej ilości Bartlebych, czy to rzeczywistych, czy fikcyjnych.Niektóre powody są prozaiczne i nie chce się w nie wierzyć:
-No bo umarł mi wuj Celerino, a to od niego znałem wszystkie historie.
A niektóre skrzętnie skrywane i niewyjaśnione lub mające ciekawe ideologiczne podłoże.

Bartleby i spółka to książka wyjątkowa, intrygująca i zasługująca na uwagę ciekawostka czytelnicza. Odprężyłam się przy niej dzięki swobodnemu stylowi autora, który z łatwością łączy fikcyjną postać i jej emocje, spontaniczne wtrącenia życiowe z notowanymi postępami w śledzeniu rzeczywistych bartlebych. Eseistyczny styl nie nuży, nie męczy i nie wymaga wysiłku przy czytaniu, a i elementy czysto pamiętnikarskie są naturalnie okalają całość. Pisarz przechodzi od jednej postaci do kolejnej, tworząc sieć związków między nimi, a ja z niecierpliwością czekam, kogo tym razem wyciągnie z cienia na światło dzienne. Bez wątpienia sięgnę po jego inne książki, również utrzymane w eseistycznym duchu.

Wiele lat później Beckett powie, że nawet słowa nas porzucają, a tym samym wszystko zostaje powiedziane.

wtorek, 30 października 2012

"Gra Anioła" - Carlos Ruiz Zafón

Gra Anioła
Podstawowe informacje:
Autor: Carlos Ruiz Zafón
Tytuł oryginału: El Juego del Angel
Wydawnictwo: MUZA
Data wydania: listopad 2008
Liczba stron: 608

Moja opinia:
Z oryginalnym stylem pisania autora było mi już dane się zapoznać podczas czytania Cienia Wiatru, innej świetnej powieści tegoż autora, która oczarowała mnie już od pierwszych stron. Czy i ta historia warta jest przeczytania?

„Natchnienie przychodzi, kiedy człowiek przyklei łokcie do biurka, tyłek do krzesła i zacznie się pocić. Wybierz jakiś temat, jakąś ideę i zacznij wyżymać mózg, aż Cię rozboli. Na tym polega natchnienie.” 

W mrocznej, niebezpiecznej i niespokojnej Barcelonie lat dwudziestych, młody pisarz, żyjący obsesyjną i niemożliwą miłością, otrzymuje od tajemniczego wydawcy ofertę napisania książki, jakiej jeszcze nie było, w zamian za fortunę i, być może coś więcej... Z niezwykłą precyzją powieściopisarską i w charakterystycznym dlań, oszałamiającym stylu, autor "Cienia wiatru" ponownie przenosi nas do Barcelony Cmentarzyska Zapomnianych Książek, by obdarować nas niezwykłą intrygą, romansem i tragedią poprzez labirynt tajemnic, gdzie czar książek, namiętności i przyjaźni splatają się w mistrzowskiej opowieści.

„Milczenie jest potrzebne tylko wtedy, kiedy nie ma się nic ważnego do powiedzenia. Milczenie sprawia, że nawet głupcy przez chwilę stają się mędrcami.” 

To moje drugie spotkanie z Cmentarzyskiem Zaginionych Książek i już na wstępie muszę zaznaczyć, że wcale nie mniej udane niż poprzednie. Tym razem głównym bohaterem powieści jest David Martin, młody autor pracujący w podrzędnej gazecie La Voz de la Industria. Nie posiada zbyt wielu przyjaciół, oprócz swego gazetowego współpracownika don Pedra Vidala oraz właściciela małej księgarni Sempere i synowie. Jest szaleńczo zakochany w córce pracownika swego bogatego przyjaciela. Gdy w czasopiśmie zaczyna ukazywać się nowela jego autorstwa, młodzieniec nagle awansuje, czym zyskuje sobie wrogość i nieprzychylne spojrzenia reszty współpracowników. Wkrótce traci dotychczasową pracę i zaczyna pisać swą pierwszą książkę, okrzykniętą jednym z najgorszych debiutów. Zdruzgotany podpisuje pięcioletnią umowę z małym wydawnictwem, na mocy której ma on zacząć pisać cykl powieści wzorowanych na swych dawnych dziełach, lecz nie pod własnym nazwiskiem. Ku jego zdziwieniu wkrótce zgłasza się do niego tajemniczy, mroczny jegomość - Andreas Corelli - który proponuje mu ofertę nie do odrzucenia - ma rok na napisanie powieści religijnej, a w zamian otrzyma on sto tysięcy franków. Po stwierdzeniu u młodzieńca nowotworu nie widzi on przed sobą przyszłości, więc zgadza się. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że od chwili podpisania porozumienia sprawy zaczną się coraz bardziej komplikować, prowadząc do nieuniknionej katastrofy....

„Nie mogę jeszcze umrzeć, doktorze. Jeszcze nie teraz. Mam coś do zrobienia. Później będę miał całe życie na to, żeby umierać.”

Tym razem autor serwuje nam jeszcze bardziej skomplikowaną sieć intryg, historię, w której kłamstwo, cierpienie i tajemnice są na porządku dziennym. Fabuła jak zwykle zachwyca swą przemyślaną strukturą i nieprzewidywalnością. Czasem głowiłam się nad tym, skąd autor bierze tak oryginalne i niezwykłe pomysły na nowy wątek. Nie można też nie zauważyć, że akcja powieści ani trochę mnie nie nużyła, cały czas działo się coś ciekawego, co nie pozwoliło mi się nudzić podczas czytania nawet przez chwilę. Bohaterowie zachwycają swą szczegółowością. Nie dopatrzyłam się dwóch identycznych, nudnych i nijakich postaci, gdyż takowych po prostu nie ma - szeroka gamma charakterów sprawia, że każdy z pewnością znajdzie swojego ulubieńca. Ja z przyjemnością przyglądałam się losom Isabelli, zadziornej i buntowniczej dziewczyny, która za wszelką cenę postanawia zostać asystentką Davida, chcąc w przyszłości móc pisać tak wspaniałe książki jak jej idol. Jej z początku trudna do zrozumienia postawa zaintrygowała mnie i sprawiła, że od razu stała się moją ulubienicą.

„Poezję pisze się łzami, powieść krwią, a historię rozczarowaniem.”

Mam wrażenie, że gdyby autor postanowił napisać książkę o jedzeniu obiadu w tym samym stylu, jakim napisał Grę Anioła, to historia ta stałaby się prawdziwym arcydziełem. Książki Zafóna zawierają w sobie coś magicznego i intrygującego, opisy i dialogi są przemyślane, niemniej jednak zwroty wydarzeń zaskakują na każdym kroku. Pisarz sprawia, że nie mogłam biernie śledzić losów bohaterów - zawiłość całej historii i mnogość intryg sprawiała, że cały czas snułam domysły i przypuszczenia, które ku mojemu zdziwieniu prawie nigdy się nie spełniały, co dowodzi tylko wyniosłości prozy autora. Powieść została napisana lekkim językiem, jednak w taki sposób, że nie da się nie myśleć o tym, o czym się czyta.

„A wie pan co jest najlepszego w złamanym sercu? (...) Tak naprawdę można je złamać tylko raz. Reszta to ledwie zadrapania.”

Już wcześniej uważałam Zafóna za wielkiego pisarza, a po przeczytaniu Gry Anioła jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że jest to niezwykły autor, który potrafi zaczarować czytelnika już od pierwszych stron. Od razu wciągnęłam się w całą historię, dreszczyk emocji towarzyszył mi przez całą lekturę. Nagłe, niewyjaśnione morderstwa są tutaj na porządku dziennym, niemniej nie umniejsza to wcale wartości merytorycznej pozycji. Zafón skutecznie połączył w jedno ciemną, mroczną stronę powieści, z jej magiczną, zachwycającą częścią. Grę Anioła mogę polecić każdemu czytelnikowi - nie tylko fanowi Zafóna, bo naprawdę jest warto.

Moja ocena:
10/10

czwartek, 20 września 2012

"Jedenaście"- Mark Watson


"Jedna chwila, jedenaście osób, niekończący się łańcuch zdarzeń"

  Bez wątpienia wszyscy słyszeli coś o efekcie motyla i o tym, że jedno wydarzenie ma wpływ na inne. Zjawisko to doskonale przedstawił w swojej książce angielski komik i powieściopisarz- Mark Watson.



  "Jedenaście" to historia młodego Australijczyka, który z powodu pewnego przykrego wypadku, opuścił kraj i przeniósł się do Anglii. Tam, od pięciu lat, pracuje jako prezenter radiowy. Pod przybranym imieniem i nazwiskiem, Xavier Ireland wysłuchuje telefonów wielu cierpiących na bezsenność Londyńczyków, służy im radą i umila nocną porę. Pomimo świetnych wskazówek jak żyć,  nie potrafi poradzić sobie ze swoimi sprawami. "Nigdy jednak nie traktował swoich rad nawet w połowie tak poważnie, jak oni." I tak, pewnego dnia, staje się świadkiem ulicznej bójki, której nie udaje mu się zapobiec. Ten incydent oraz brak skutecznej interwencji, jest początkiem łańcucha zdarzeń, które mają katastrofalne znaczenie dla jedenastu osób. Również w życiu Xaviera zachodzą pewne zmiany i sam powoli dochodzi do wniosku, że powinien dać sobie drugą szansę. 

 "Pięć lat przeżywania wszystkiego na pół gwizdka to strasznie długo i o tym Xavier również wiedział."

  Jedyne, co spowodowało, że bohater stał się bierny w otaczającym go środowisku, był strach przed kolejnym nawaleniem. Od czasu incydentu w Australii, starał się nie wtrącać do niczego. Nie interesował się życiem sąsiadów, pomimo, że mały Jamie nie dawał mamie ani chwili spokoju, a z góry dobiegały dziwne odgłosy kłótni młodej kobiety i jej chłopaka. Aż do momentu, gdy spotyka Pippę i to w bardzo ciekawy sposób:)

  Jednak Xavier nie jest zły, brzydki, wkurzający. O nie. My tego faceta lubimy! Jest przystojny, ale nie przywiązuje uwagi do wyglądu, po prostu nie unosi się swoją boską aparycją. W dodatku, z natury jest szlachetnym, dobrodusznym człowiekiem, który nie chciał, by tamten wypadek miał miejsce, nie chciał rozdzielać się z przyjaciółmi i nie chciał nigdy nikogo więcej zranić. Zdaje mu się, że wszystko jest OK i że "sprawy potoczą się swoim torem", nawet gdy on nie będzie w nie ingerował. Jednak los bardzo często lubi płatać sobie figle...

  Rany, tyle przemyśleń pojawiło się w mojej głowie odnośnie tej książki. Gdy odkładałam ją na bok, miałam natłok myśli, wszystkie gdzieś kumulowały się pod czachą. W skrócie, "Jedenaście" to powieść życiowa, realna, mówiąca o przyjaźni i o ludziach. Pokazuje smutną prawdę, że w dzisiejszym świecie, zabiegani, zajęci własnymi sprawami, często przechodzimy obok ważnych spraw, ludzi, którzy potrzebują pomocy, nawet zwykłej rozmowy, wysłuchania ich. Może poświęcenie uwagi, choćby na chwilę, zmieni los tego człowieka, odmieni jego myślenie, może nawet uratuje? To również historia o samotności, którą jedni próbują oszukać lub zignorować, a drudzy wdają się w romanse, rozpaczliwie poszukując bliskości drugiej osoby, często przy tym wpadając w pułapkę ułudy.

  Książka osadzona w naszych realiach, mówiąca praktycznie o każdym człowieku, o tym jak nieczuli i samolubni czasem jesteśmy i o tym, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Może Xavier musiał odnaleźć się na nowo? Kto wie, jak potoczyłoby się jego życie, gdyby nie wyjechał z Australii lub jednak powstrzymał bójkę?

Dodam, że zakończenie jest GE-NIAL-NE. Na ostatniej stronie to nie wiedziałam czy oddycham, czy nie i chyba miałam jakąś arytmie serca:D



PS: Opis z tyłu, akurat w tym przypadku,uwaga, jest prawdą!;) Polecam:)

Moja ocena: 6/6
Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 288

poniedziałek, 17 września 2012

Gra Anioła – Carlos Ruiz Zafon





Autor: Carlos Ruiz Zafón
Tytuł: Gra Anioła (polska strona książki i pozostałej twórczości autora)
Seria:  Cmentarz Zapomnianych Książek  #2
Oryginalny tytuł: El Juego del Angel
Wydawnictwo: Muza SA
Data wydania: 2008
Stron: 608
Ocena: 9/10





Carlos Ruiz Zafón, kto nie słyszał o takim człowieku? A „Cień wiatru”? Mówi wam to coś? Jednym świta, drugim nie, trzecim może dopiero zaświta. Jestem przekonana, że większość z was o nim słyszała. Bo kto z moli książkowych i blogerów o nim nie słyszał? Wcześniej wspomniana książka jest wręcz wychwalana przez większość. Nie piszę przez wszystkich, tylko przez większość, bo wiadomo, że każdy ma swój gust i nie każdemu może się spodobać styl Zafóna. A słyszał ktoś o „Grze anioła” właśnie tego autora? Część powie, że tak, znowu część powie, że nie, ale Ci drudzy zaraz będą mogli to zmienić. W jaki sposób? A spróbuję wam, co nieco powiedzieć o tej pozycji. Czy warto po nią sięgnąć? O tym zaraz się przekonacie. ;) 

Barcelona, lata dwudzieste XX w. Siedemnastoletni David Martin pracujący w gazecie „La Voz de la Industria”, nagle dostaje od swojego szefa propozycję zapełnienia jednej rubryki swoją kryminalną powieścią w odcinkach. Po swoim debiucie w prasie, dostaje tajemniczy list od nieznajomego „A.C.”, który zaprasza go na spotkanie. Miejsce jak i spotkanie do nadzwyczajnych nie należy. Zaś potem dostaje ofertę od tajemniczego paryskiego wydawcy. Czy przyjmie propozycję? Kim okaże się tajemniczy „A.C”? Czy córka szofera jego przyjaciela Pedro Vidala odwzajemni jego miłość? Jakie tajemnice kryje dom z wieżyczką, w którym zamieszkał po kilkunastu latach marzeń o nim?

Może niektórzy z was słyszeli o tym, że „Gra anioła” jest podobno kontynuacją wcześniej wspomnianego „Cienia wiatru”? Ja bym tak tego nie określiła, a dlaczego? Bowiem jak dla mnie powiązaniem są tylko niektóre miejsca i bohaterowie, np. księgarnia „Sempere i synowie”, Cmentarz Zapomnianych Książek wraz ze strażnikiem tego jakże pięknego miejsca, Isaac'iem, pan Sempere, jak i jego młodszy syn oraz księgarz Gustavo Barceló. No i oczywiście owiana tajemnicą Barcelona. Poza tymi przykładami tak naprawdę nic nie jest ze sobą powiązane, aczkolwiek cieszę się, że to „Cień wiatru” przeczytałam pierwszy, ponieważ tam mamy okazję zapoznać się bliżej z księgarnią „Sempere i Synowie” jak i z jego właścicielami, dlatego też wam polecam czytać to w takiej kolejności. ;)

Narratorem „Gry anioła” jest główny bohater, co nadaje większej tajemniczości i sprawia, że wspólnie możemy odkrywać tajemnice miasta położonego w północno-wschodniej Hiszpanii. Wiemy tyle, co David i tyle też odkrywamy. Polubiłam go, jak i jego wygadaną i młodą asystentkę Isabellę, która dodawała humoru tej powieści. No i nie mogę zapomnieć o starym, poczciwym właścicielu księgarni, panu Sempere, który wręcz emanuje optymizmem. Każda postać jest nakreślona w dokładny sposób, bo jeśli ktoś chciałby więcej wiedzieć o „Sempere i Synowie” zapraszam do zapoznania się z „Cieniem wiatru”.

Akcja powieści nie leci na łeb na szyję. Toczy się własnym, spokojnym tempem, kiedy nagle buch! i Zafón postanawia zaskoczyć czytelnika, co zdarzało mu się bardzo często. Zaskakujące zwroty akcji jak i rozwiązania, niektórych zagadek. Czy się czegoś spodziewałam? Na pewno nie. Przez myśl nawet mi nie przeszło to, co przyszło do głowy autorowi. Język powieści jest taki sam jak w „Cieniu wiatru”. Opisy miasta, uliczek, miejsc, których nie ma zbyt dużo są napisane w taki sposób, aby czuło się tę aurę tajemniczości, którą chciał stworzyć Zafón i co mu się na pewno udało.

Carlos Ruiz Zafón po raz kolejny pokazał, że jest świetny w tym, co robi, w pisaniu książek, w otulaniu swoich historii aurą tajemniczości oraz zaskakiwaniu czytelnika swoimi pomysłami i po raz kolejny się nie zawiodłam. Z pewnością sięgnę po resztę jego powieści, bo uwielbiam to, w jaki sposób oddaje on klimat Barcelony. „Grę anioła” polecam wszystkim, ale radzę sięgnąć najpierw po „Cień wiatru”, jeśli tego jeszcze nie zrobiliście.  


„Wiem, że żywi pan w sercu wielkie nadzieje i że żadna z nich się nie ziściła, i wiem, ze właśnie, to choć nie zdaje sobie pan z tego sprawy, zabija pana po trochu każdego mijającego dnia.” [s.103]

~

„Normalni ludzie wydają na świat dzieci; pisarze wydają książki. Jako pisarze skazani jesteśmy na to, by poświęcić im życie, choćby miały odpłacić nam niewdzięcznością. Na to, by złożyć swoje życie na ich kartach, czasami nawet, by w końcu one nam to życie odebrały.” [s.424]


____
Cykl "Cmentarz Zapomnianych Książek" składa się z:
2. Gra anioła
3. Więzień nieba

piątek, 14 września 2012

"Gra anioła" - Carlos Ruiz Zafón

Przez długi czas miałam wrażenie, że wszyscy, oprócz mnie, już poznali twórczość Zafóna. A ponieważ lubię przekonywać się, czy zachwyty nad książkami popularnych autorów są uzasadnione, sięgnęłam z zaciekawieniem po „Grę anioła”. Ponad 600 stron troszkę mnie przerażało, ale momentalnie wpadłam w wir wydarzeń. Teraz, kilka dni po przeczytaniu książki, czuję niedosyt. Bo TAKA powieść mogłaby liczyć nawet kilka tysięcy stron i wciąż uważałabym, że jest niezwykle interesująca.

Carlos Ruiz Zafón jest pisarzem znanym chyba wszystkim książkowym blogerom. I nie tylko. Kto jeszcze nie czytał żadnej książki jego autorstwa, jest w stanie wymienić co najmniej kilka tytułów - wszak kolejne recenzje jego powieści ukazują się każdego dnia, nie sposób się na którąkolwiek z nich nie natknąć. Zafón słynie z „Trylogii mgły” oraz cyklu „Cmentarz zapomnianych książek”.

Akcja „Gry anioła” rozpoczyna się w latach dwudziestych poprzedniego stulecia w przepięknym hiszpańskim mieście, jakim jest Barcelona. Młody dziennikarz, David Martín, pracujący w periodyku „La Voz de la Industria” otrzymuje od swego szefa propozycję nie do odrzucenia. Ma napisać opowiadanie, którego fragmenty będą regularnie pojawiać się w rubryce kryminalnej. Krótko po swoim debiucie podpisuje umowę z dwójką wydawców, dla których pisze serię powieści. Brzmi cudownie, czyż nie? Zdawałoby się, że dla początkującego pisarza jest to początek wielkiej kariery. Jednak nic bardziej mylnego - kolejne wydarzenia sprawią, że jego życie niezwykle się skomplikuje.

„Gra anioła” wciąga. Jednak „wciągnięcie” jest pojęciem względnym, zatem ujmę to inaczej. Już po przeczytaniu kilkunastu stron próbowałam wymyślić jakąś wymówkę, by nie iść na urodziny najlepszej przyjaciółki, a także nie uczyć się na kartkówkę z historii. Powstrzymał mnie przed tym wyłącznie zdrowy rozsądek. Jednak z każdą kolejną kartką miałam coraz większą ochotę czytać tę powieść bez przerwy, aż do ostatniego słowa. Tak też zrobiłam - zarwałam noc i, pomimo zmęczenia, przeczytałam książkę jednym tchem.

Autor genialnie kreuje bohaterów, ukazując ich mocne i słabe strony, osobliwe nawyki, a także przedstawiając wydarzenia z przeszłości, które miały wpływ na ich życie. Moją sympatię zdobył przede wszystkim stary Sempere, właściciel księgarni. Był wspaniałym przyjacielem dla Davida Martína, to on pokazał mu Cmentarz Zapomnianych Książek. Niezwykle charyzmatyczną osobą była Isabella - początkująca pisarka, asystentka głównego bohatera. Przyznaję, czasem działała mi na nerwy, ale jej charakter po prostu musiał być taki, a nie inny.

Co do głównego bohatera - nie mogę o nim wiele napisać, by nie zdradzić przebiegu wydarzeń. Jedno jest pewne - jego życie nie było usłane różami, a pełne problemów. Czasem było mi go naprawdę żal.

Co serwuje nam Zafón? Powieść obyczajową z wątkiem kryminalnym, a także odrobiną romansu, horroru i fantastyki. Słowem, mieszanka wybuchowa. Wszystko to, w idealnych proporcjach, składa się na cudowną książkę, od której po prostu nie można się oderwać.

Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się, że „Gra anioła” jest drugą częścią serii „Cmentarz zapomnianych książek”. Cóż, jak zwykle zaczęłam od środka… Na szczęście znajomość „Cienia wiatru” (pierwszej części) nie okazała się konieczna, nie doszukałam się żadnych odniesień do wydarzeń z przeszłości (choć nie wiedziałam, że powinnam ich szukać, więc może jednak takowe się pojawiły?). Bez wątpienia, lepiej jest jednak czytać książki w kolejności chronologicznej.

Nie wypada uznawać autora za ulubionego po przeczytaniu tylko jednej książki jego autorstwa. Jednak Zafón zdecydowanie będzie zaliczał się do tego grona, jeżeli tylko pozostałe części „Cmentarza zapomnianych książek” mnie nie zawiodą. Kto jeszcze nie czytał tej serii, niech lepiej czym prędzej to nadrobi. Bo warto.

piątek, 7 września 2012

"Świat marzeń zakupoholiczki" - Sophie Kinsella


Gdy tylko zobaczyłam w bibliotece tę książkę, wiedziałam, że muszę ją przeczytać! Na jej podstawie nakręcono film, który po prostu uwielbiam – „Wyznania zakupoholiczki”.

Główna bohaterka to dwudziestopięcioletnia Rebeka Bloomwood, miłośniczka zakupów, kupująca wszystko, co spotka na swej drodze. Jej długi rosną, karty płatnicze zostają zablokowane, a ona bierze kolejne kredyty. Nie, nie zamierza spłacić zadłużenia – potrzebuje pieniędzy na kolejne torebki od Gucciego.

Rebeka pracuje w magazynie „Korzystne lokaty”, ale zapytana o ostatnie wydarzenia na giełdzie, szybko zmienia temat, ponieważ kompletnie nie orientuje się w ekonomicznym żargonie. Udziela czytelnikom porad dotyczących inwestowania pieniędzy, choć sama tonie w długach. Rebeka nieustannie wymyśla wymówki, byleby tylko nie spotkać się z prezesem banku, w którym ma dziesięciotysięczny debet.

Książka jest pełna dziwacznych i zabawnych przygód zakupoholiczki, które przeżywamy razem z nią. Nie brakuje tu także wątku miłosnego – Rebeka jest rozdarta między dwoma mężczyznami, ciężko jej zdecydować, z którym tak naprawdę pragnie się związać. Z kuzynem najlepszej przyjaciółki, mającym na koncie dwadzieścia milionów dolarów? A może z przełożonym, o którym nie potrafi przestać myśleć, mimo że on ma dziewczynę?

Zakończenie jest bardzo przewidywalne. Czytając kilka ostatnich rozdziałów, miałam nadzieję, że książka nie skończy się w ten sposób. Jednak po dłuższej chwili to do mnie dotarło: tak musiało być! Teraz nie wyobrażam sobie innego przebiegu zdarzeń. Autorka otworzyła sobie drzwi – mogła napisać kontynuację losów Rebeki lub poprzestać na jednej części. Takie zakończenie pasuje do obu opcji.

„Świat marzeń zakupoholiczki” można porównać do „Dziennika Bridget Jones” – nie jest to może literatura wysokich lotów, a naprawdę dobre, wciągające babskie czytadło, przy którym nie trzeba specjalnie wytężać umysłu. Może naprawdę poprawić humor w deszczowy dzień.

Zatem jeśli chcecie odpocząć od fantasy, kryminałów czy sensacji, sięgnijcie po „Świat marzeń zakupoholiczki”. Będziecie się świetnie bawić, czytając o perypetiach Rebeki Bloomwood.

sobota, 1 września 2012

"Matka Pearl" Maureen Lee

tłumaczenie: Ewa Morycińska-Dzius
tytuł oryginału: Mother of Pearl
wydawnictwo: Świat Książki
data wydania: czerwiec 2012
ISBN: 9788377991824
liczba stron:
368
kategoria: literatura współczesna

Uwielbiam sagi rodzinne. Na "Matkę Pearl" już dawno ostrzyłam pazurki. Nigdy wcześniej nie czytałam żadnej z powieści pisarki, ale upatrzyłam już w bibliotece "Wrześniowe dziewczyny", lecz od "Matki Pearl" postanowiłam rozpocząć moje przygody z Maureen Lee.

Maureen Lee jest angielską pisarką. Mimo,że urodziła się w czasie II wojny światowej, to swoją przygodę z pisarstwem zaczęła 1990 r. Na swoim koncie ma około 20 powieści, w Polsce wydano cztery z nich. Książki pisarki można by zakwalifikować do rodzaju powieści rodzinnych z wojną w tle. Taką powieścią jest również "Matka Pearl"

Amy, matka Pearl, wychodzi z więzienia, gdzie odsiadywała wyrok za zabójstwo swojego męża Barneya. W 1939 r. dwie przyjaciółki Amy i Cathy spacerują po molo. Tam dziewczęta dostrzega Barney Patterson, który wraz ze swoim bratem Harrym spędza równie leniwe chwile, jak one. Młodzi mężczyźni podchodzą do dziewcząt i "strzała" Amora trafia Amy i Barneya ze wzmożoną siłą. Od tej chwili para jest nierozłączna. Dzieli ich niemalże wszystko: klasa społeczna, wyznanie, wykształcenie, cele i marzenia. Łączy wielka miłość. Para pobiera się w sekrecie przed rodziną. Amy wie (i tak się dzieję), że jej matka, brat i obie siostry pokochają jej męża. Na sympatię teściów, a szczególnie teściowej, która nienawidzi katolików, Amy nie ma co liczyć. Młodzi zatracają się w miłosnych uniesieniach, a w tle, aż huczą plotki o zbliżającej się wojnie. W końcu nadchodzi ten dzień. Barney trafia na front. Amy dowiaduje się, że spodziewa się dziecka, lecz po wizycie u teściowej traci je. Nieprzytomną synową znajduje teść i odtąd jest jej wielkim wsparciem. Wojna się przedłuża, Barney trafia do obozu jenieckiego. Po wojnie wraca...

Druga płaszczyzną fabuły są wydarzenia z 1971 roku. Dorosła córka Amy i Barneya dowiaduje się o przedterminowym wyjściu matki z więzienia. Amy znika bez śladu. Pearl czuje się zagubiona. Gdy zginął jej ojciec miała zaledwie pięć lat. Została ona wychowana przez wuja, brata Amy oraz jego spokojną i stateczną zonę. Z matką kontaktu nie miała. Nie wie, jak się zachowa, gdy nadejdzie dzień spotkania. Chciałaby się tyle dowiedzieć, o ojcu, matce, o sobie samej. Ma ona problemy z nawiązywaniem bliższych kontaktów z mężczyznami. Czy to przez wydarzenia z przeszłości? Pearl może liczyć nie tylko na pomoc wujostwa, ale też Cathy, która z uwagi na Amy otoczyła dziewczynę opieką.

Chciałabym napisać, że jest to ciepła, rodzinna opowieść, lecz tak nie jest. Ta książka to emocjonalna podróż. I jak każda podróż jest pełna pięknych i wzruszających momentów, jak i chwil grozy. Po czy spokojem można nazwać czasy wojny, nawet wtedy, gdy tam gdzieś czeka kochająca kobieta? Wojna jest okrutna, zmusza Barneya do czynów, o których nigdy by nawet nie pomyślał , zmienia go to kompletnie. Wspomnieć należy, że do wewnętzrnych zmian Barneya przyczyniła się także udana manipulacja jego matki. Czy to doprowadziło do tragedii?

Po przeczytaniu "Matki Pearl" zostałam fanką pisarki. Dostałam, to czego oczekiwałam: miłość, różnorodnych bohaterów, problemy zwyczajnych ludzi, ciekawe tło akcji i wielką tajemnice rodzinną, która zaskoczy niejednego czytelnika. Jedno mnie się ciutek nie podobało w fabulę. Otóż w pewnym momencie Pearl ma przebłyski, jak Barney traktował matkę. Ten fakt moim zdaniem trochę niepotrzebnie wyprzedzał bieg wydarzeń. Natomiast za duży plus uznaje podzielenie powieści na rozdziały, w których odrębnie autorka opowiada losy Amy i Pearl. Taki zabieg spowodował, że fabuła była jasna i przejrzysta, a całość czytało się płynnie.

Podsumowując. Ta lektura jest niezłym kąskiem dla tych, którzy lubią takie klimaty. Ja ze swej strony żywię nadzieję, że polubicie Amy i Pearl, a i może samą pisarkę?



niedziela, 5 sierpnia 2012

"Pałac północy".

tłumaczenie: Katarzyna Okrasko, Carlos Marrodán Casas
tytuł oryginału: El Palacio de la Medianoche
wydawnictwo: Muza
data wydania: kwiecień 2011
ISBN: 978-83-749-5978-0
liczba stron: 288
kategoria: literatura współczesna

Ilekroć sięgam po książki Carlosa Ruiza Zafona, zostaję mile zaskoczona. Pisarz potrafi wprowadzić mnie w oszałamiający świat, świat swojej nieskoczenie wybujałej wyobraźni, okraszonej mistrzowskim rzemiosłem pisania.

Najbardziej ciekawią mnie te książki, które ukazały się przed „Grą Anioła. I choć, sam Zafon wypowiada się, że są to powieści, głównie dla młodzieży, ale i każdy dorosły znajdzie w nich coś niezwykłego. Zgodzę się po stokroć, z tym stwierdzeniem. Nie jestem już nastolatką, ale moje 20+ lat nie spowoduje żebym zrezygnowała z wczesnych powieści pisarza.

„Pałac północy” jest druga powieścią pisarza (pierwszą był „Książę mgły”). Akcja powieści dzieje się w Indiach, w mieście Kalkuta. W 1916 r. na schodach sierocińca, kierowanego przez Anglika Thomasa Cartera, zostaje pozostawione niemowlę. Przy niemowlęciu, które jest płci męskiej, znajduje się list z prośbą, by dyrektor sierocińca zaopiekował się chłopcem z pieczołowitością oraz, by zataił okoliczności i datę pojawienia się chłopca w placówce. List wyjaśnia, że na chłopca poluje morderca, który poprzysiągł zemstę na potomkach swojego wroga. Carter nadaje chłopcu imię Ben. Przez 16 lat chłopiec wychowuje się pod bacznymi skrzydłami personelu, nawiązuje przyjaźnie na śmierć i życie. Wraz z przyjaciółmi zawiązuje tajemne stowarzyszenie Chowbar Society.
Jest rok 1932 Ben wraz z przyjaciółmi przygotowuje się do opuszczenia bram sierocińca, by zacząć wieść dorosłe życie. Ale już na starcie życie te grupkę młodzieży zaskakuje. Pojawia się stara kobieta z 16-letnią dziewczynką, o imieniu Sheere, Carter zostaje odwiedzony przez tajemniczego mężczyznę, który szuka Bena, wybucha pożar w sierocińcu. Ben od starej kobiety dowiaduje się, ze jest jej wnukiem, bratem bliźniakiem Sheere, że on, jak i jego siostra muszą uciekać przed tajemną siłą, która pragnie ich śmierci. Jednak bliźnięta oraz członkowie stowarzyszenia postanawiają odeprzeć atak demona...

Carloz Ruiz Zafon jest mistrzem w kreowaniu świata fantazji. Losy bohaterów plotą się w zastraszającej krew w żyłach rzeczywistości. Ci, młodzi ludzie na początku swojej drogi życiowej podejmują niewykonalną walkę ze złem. Są pełni heroizmu i poświęcenia życia w imię wiecznej przyjaźni. Są odważni, bezkompromisowi, pełni werwy i chęci działania. Autor wykreował każdego na innego bohatera, każdy jest inny, każdego cechuje inna zdolność, by ich cechy się komponowały i mogły się zjednoczyć w krytycznym momencie ich wspólnej przygody. Także i bohater negatywny jest wyjątkową postacią. Choć jest przesiąknięty złem, zawsze mówi prawdę. 
Co mnie w książkach Zafona zachwyca,to ten barwny język. Słowa są soczyste, by jak najlepiej oddać daną sytuację. Dialogi są perfekcyjne, bogate w słownictwo i w treść. 

„Pałac północy” co tu dużo się rozpisywać, to jest majstersztyk. Powieść w najlepszym wydaniu. I kto jeszcze nie czytał, to dużo stracił. Naprawdę warto sięgnąć po tę pozycję, jak i inne przed „Grą Anioła”. Przede mną „Światła września”, więc spodziewajcie się niedługo kolejnych zachwytów nad twórczością mistrza.


piątek, 3 sierpnia 2012

Cień wiatru – Carlos Ruiz Zafón






Autor: Carlos Ruiz Zafón
Tytuł: Cień wiatru
Oryginalny tytuł: La Sombra del Viento
Wydawnictwo: MUZA SA
Data wydania: 2007
Stron: 520
Ocena: 10!/10





Gdy leżałam w łóżku i kończyłam „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” już się zastanawiałam, po jaką książkę sięgnę następnie. Czekało na mnie dużo pozycji, które musiałam przeczytać w pierwszej kolejności z tej bezradności spytałam się na forum, jaką teraz to powinnam czytać. Jedna z użytkowniczek poleciła mnie, abym zaczęła „Cień wiatru”, a ponieważ będąc chora, miałam więcej czasu na czytanie, a co za tym idzie na wciągnięciu się w fabułę.

„...ten, kto kocha naprawdę, kocha w milczeniu, uczynkiem, a nie słowami.”

„Cień wiatru” jest to książka o przyjaźni, miłości, dążeniu do celu, przywiązaniu i roli książki w życiu człowieka. Ja tak to odbieram. Pewnego ranka ojciec postanawia pokazać swojemu dziesięcioletniemu snowi pewne, tajemnicze miejsce, do którego dostęp mają nieliczni. Jest to Cmentarz Zapomnianych Książek. Miejsce, do którego pewnie nie jedno z nas, książkowych moli chciałoby trafić. I o to wtedy ojciec pozwala wybrać jedną książkę swojemu synkowi. Pośród labiryntu półek uginających się pod ciężarem książek, o to ów chłopiec wybiera jedną powieść. Po tym w domu zagłębia się w świat magii stworzony przez nie jakiego Juliana Caraxa. I od momentu przeczytania książki pragnie dowiedzieć się, co nieco o tym świetnym pisarzu, lecz o dziwo nawet jego własny ojciec nie słyszał nic o tej postaci. I od tego wszystko się zaczyna… 

„Książki są lustrem: widzisz w nich tylko to co, już masz w sobie.”

Narracja jest pierwszoosobowa i prowadzona w czasie przeszłym. Głównym bohaterem jest Daniel Sempere, ów dziesięcioletni chłopiec, który zatopił się w dziele znalezionym na Cmentarzu. Niekiedy możemy się spotkać z historią Juliana Caraxa jak i innych bohaterów powieści. Jest napisana łatwym językiem, dlatego czyta się ją bardzo szybko, ale trzeba także znaleźć czas na przemyślenia, bowiem nie jest to zwykła opowiastka o człowieku, który szuka jakiegoś tam człowieka. "Cień wiatru" jest bogaty w wiele cytatów, przesłań co jest ważne w życiu człowieka. 

   „Istniejemy póki ktoś o nas pamięta.”

Książka według mnie jest arcydziełem. Czegoś takiego potrzebowałam. Faktem jest, że dosyć długo czytałam tę książkę, ale to raczej z własnych pobudek, aniżeli z winy tego, że książka była nudna czy mnie nie zachwycała. Nigdy nie powiem, że ta pozycja mną nie poruszyła, a wręcz przeciwnie. Nie mogłam nadziwić się tym jaką powieść nam zaserwował pan Carlos. Tu jest wszystko od miłości i przyjaźni po nienawiść. Odczuwałam przy niej wiele emocji, ale najczęstszym było u mnie jak już wspomniałam zdziwienie. To jak manipulował mną autor przy kolejnych rozwiązaniach zagadki, ale na końcu oczywiście okazało się zupełnie, co innego niż się spodziewałam. Można powiedzieć, że lepszej książki nie czytałam z gatunku, który nie jest fantastyką. Polecam ją wszystkim. Tym, którzy czytają fantastykę, thrillery, horrory, kryminały czy jeszcze innym. Każdy znajdzie tu coś dla siebie wątek miłosny, zagadkę do rozwiązania niczym z powieści detektywistycznej, czy też bezgraniczną przyjaźń w dosłownym znaczeniu. Do tej pozycji pewnie jeszcze wrócę, bo jest tego naprawdę warta i „Cień wiatru” na pewno nie jest moją ostatnią książką tego autora.