Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 24 lutego 2014

,,Utracone serce Azji" - Colin Thubron

,,Ojczyzna to przede wszystkim naród, a potem państwo"
~Roman Dmowski

Zamieszczone wyżej słowa Romana Dmowskiego wydają się mądre i światłe: wręcz stworzone do powtarzania ich na pogadankach dotyczących patriotyzmu. Wynika z nich jeden wniosek: poczucie wspólnoty narodowej jest ważniejsze niż prawnie usankcjonowane istnienie państwa. My, Polacy, z pewnością zgodzilibyśmy się z tym twierdzeniem z racji tego, że nasi przodkowie przez 123 lata musieli podtrzymać naszą świadomość narodową w nadziei, że Polska wróci kiedyś na mapy Europy. Z nieco innymi problemami musieli radzić sobie Uzbecy, Tadżycy oraz mieszkańcy pozostałych państw Azji Środkowej, które przed 1991 rokiem należały do ZSRR. Ich świadomość narodowa dopiero kiełkuje, na dodatek z wielkimi problemami i wątpliwościami. Do jednej postaci historycznej przyznaje się kilka państw, a młodzi ludzie są zagubieni. Jeśli matka pewnego chłopca pochodzi z Kirgistanu, ojciec z Rosji, a on sam mieszka teraz w Tadżykistanie to kim on jest? Rosjaninem? Tadżykiem? Kim?

Problemy społeczne tego regionu świata były jednym z powodów ściągania do niego hord turystów i podróżników, zwłaszcza tuż po rozpadzie ZSRR. Jednym z nich jest Colin Thubron, niezwykle ceniony brytyjski pisarz zajmujący się głównie literaturą podróżniczą. W 2008 roku magazyn The Times zaliczył go do grona pięćdziesięciu największych powojennych pisarzy brytyjskich. Już od bardzo dawna chciałam zapoznać się z twórczością tego prozaika. Udało mi się to za sprawą jednej z jego książek o znaczącym tytule - Utracone serce Azji.

 Utracone serce Azji to relacja Thubrona z jego podróży po państwach Azji Środkowej. Książka jest częścią serii wydawniczej Orient ExpressWydawnictwa Czarnego, która kusi wspaniałymi i niezwykle klimatycznymi okładkami. Fotografia mężczyzny na koniu strzegącym swojego nędznego dobytku na pustkowiu jest udaną zapowiedzią tego, co czeka potencjalnego czytelnika, gdy ten zdecyduje się przeczytać tę książkę. 

Kirgistan, Uzbekistan, Tadżykistan to jedne z przystanków, w których w trakcie swojej podróży zatrzymał się Thubron. Państwa te mają ze sobą wiele wspólnego. Tyle samo je różni, więc opisanie ich jest wyzwaniem dla każdego podróżnika-pisarza. Thubron skupił się na scharakteryzowaniu społeczeństw tych państw, nie zaś na obiektach turystycznych czy lichych ciekawostkach. Największe piętno na mieszkańcach tych krajów odcisnął ZSRR i jego polityka. Po rozpadzie tego sztucznego państwa ludzie, zarówno młodzi jak i ci starsi, często weterani II wojny światowej, czują się zagubieni i oszukani. Thubron nie spotkał na swojej drodze ani jednego człowieka, który bez problemów radziłby sobie w nowym świecie. 

Ważnym elementem Utraconego serca Azji jest historia. Ta najdawniejsza, której przedstawicielami są brutalne hordy Czyngis-hana i ta nowsza, której reliktami są szczątki niezliczonych pomników Lenina. Dla osób niezainteresowanych tematem taki natłok informacji może być przytłaczający, ale ja, czytając je, byłam w swoim żywiole.

Utracone serce Azji to kawał porządnej literatury podróżniczej. Nie przebrniecie przez tę książkę w jeden wieczór. Polecam ją czytelnikom, których nie odstraszają suche opisy, natłok faktów i nie najłatwiejsze do przełknięcia historie. Azja Środkowa wymaga poważnego podejścia do tematu, co Thubron zrozumiał i do czego w swej książce się dostosował. Jeśli lubicie tego typu książki, śmiało sięgajcie po ten tytuł, natomiast jeśli macie ochotę na chwilę zapomnienia przy lekkiej lekturze, Utracone serce Azji nie jest tytułem, po który powinniście sięgnąć, chyba że lubicie wyzwania. 

środa, 15 stycznia 2014

Alchemia miłości – Eve Edwards





Autor: Eve Edwards (strona autorki)
Tytuł: Alchemia miłości
Seria: Kroniki rodu Lacey #1
Oryginalny tytuł: The Other Countess
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 25.09.2013
Stron: 384
Tłumaczenie: Małgorzata Fabianowska 







„- Wiek zmienia nasze zapatrywania na życie.” [s.30]

poniedziałek, 21 października 2013

Cathy Glass Kobieta bez przeszłości.



  • Tytuł oryginalny :The girl in the Mirror
  • Tłumaczenie: Patryk Dobrowolski
  • Wydawnictwo: Hachette
  • Rok wydania: 2013
  • Oprawa: miękka 
  • Ilość stron: 388
  • Gatunek: Powieść zainspirowana prawdziwą historią
 Rodzinne tajemnice skrywane od lat w końcu wychodzą na jaw, bolesne wspomnienia zostają zablokowane. Pozostaje tylko nieustająca dezorientacja i wewnętrzny lęk, pytanie o to co tak naprawdę się stało. Te dwa zdania są doskonałym podsumowaniem książki, którą dzisiaj dla Was recenzuję. "Kobieta bez przeszłości " to powieść, która została zainspirowana prawdziwą historią młodej dziewczyny. Tym razem Cathy Glass przedstawia swoim czytelnikom nie pokrzywdzone  przez los dziecko, lecz dwudziestotrzyletnią Amandę, która  również ma za sobą pewne traumatyczne przeżycia. Jednak w ogóle ich nie pamięta. 

Mandy, bo tak pieszczotliwie nazywają ją rodzice, będąc małą dziewczynką bardzo dużo czasu spędzała ze swoją kuzynką Sarą, ciocią i dziadkami. Choć relacje w rodzinie były naprawdę dobre, pewnej nocy, gdy nastolatka miała trzynaście lat, wydarzyło się coś strasznego. Jedna tajemnicza sytuacja zmieniła wszystko, sprawiła, iż dzieci nie mogły się więcej odwiedzać, a ich rodziny przez okrągłe dziesięć lat ze sobą nie rozmawiały. Nikt nie powiedział dlaczego kontakt został zerwany. Nadszedł jednak dzień, kiedy trzeba było zadzwonić  i przekazać smutne wiadomości. Amanda dowiaduje się, że jej ukochany dziadek jest ciężko chory i zostało mu co najwyżej kilka dni życia. Wraz z ojcem jedzie do wujostwa. Ani ona, ani jej tata nie zdają sobie sprawy z tego, jak poważny jest stan staruszka. Nasza bohaterka postanawia zostać w domu, który wcześniej traktowała niemal jak własny i pomóc w opiece nad tym, którego naprawdę kocha. Ma nadzieję, że nie tylko odciąży zmęczonego wujka, ale także ponownie spotka się z kuzynką. Szokujący jest dla niej nie tylko stan chorego, ale również to, że nie pamięta układu pomieszczeń, wydarzeń o które wszyscy ją pytają, wspólnych zabaw, czy osób jakie kiedyś tu spotkała. Wszystko wydaje jej się tajemnicze, dziwne i nie logiczne. Chce w końcu dowiedzieć się prawdy. Wie, że rodzinny sekret, ta zmowa milczenia dotyczy właśnie jej. Spojrzenia, rozmowy, pytania, na które nikt nie chce odpowiedzieć. Bohaterka ma dość  niedomówień i nie chce dłużej czekać, aż ktoś powie o co tak naprawdę chodzi. Jednak w końcu nadchodzi moment kiedy wszystko sobie przypomina. Wreszcie zna powód nagłej decyzji ojca, odkrywa co stało się tamtej nocy, gdy została pośpiesznie zabrana przez rodziców bez słowa wyjaśnienia. Jaka będzie jej reakcja? Co zrobią najbliżsi  dziewczyny? Czy w jakiś sposób jej pomogą? 
O tym już w książce. 

Muszę przyznać, że powyższy tytuł od dawna gościł na mojej liście pozycji, które koniecznie  chcę przeczytać. Na szczęście życzenie to dość szybko się spełniło i książka weszła w moje posiadanie. Zaczęłam czytać i mówiąc kolokwialnie przepadłam, nie mogłam oderwać się od lektury. Zaczęłam "żyć" tą historią, w ekspresowym  tempie pochłaniałam kolejne strony i rozdziały. Miałam jakieś tam własne przypuszczenia odnośnie tego jaka to może być tajemnica, co poróżniło rodzinę. Moje hipotezy okazały się po części trafne. Piszę po części, ponieważ o ile sekret okazał się być niemal dokładnie taki jak myślałam, to to co się działo po jego odkryciu, było dla mnie ogromnym zaskoczeniem na plus oczywiście. Do tego pełne  emocji sceny cierpień umierającego starca, który nie chce dłużej się męczyć i opisy heroicznej wręcz walki  jego najbliższych o to, aby ukochany mąż, ojciec, dziadek mógł przebywać z nimi jak najdłużej nawet jeśli nie byłby w pewni świadomy tego, gdzie jest i kto przy nim czuwa. Olbrzymi ładunek skrajnie różnych pozytywnych i negatywnych emocji. Pełne strachu monologi dziewczyny, która usilnie próbuje zerwać zasłonę milczenia, ulżyć w cierpieniu, na nowo zaufać i pokochać. Rozmowy, z których niewiele wynika, wieści jakich nikt nie chciałby ani usłyszeć ani przekazać. Skłócona rodzina, którą zjednoczyć może dopiero choroba jednego z jej członków, sprawa sprzed lat, nie dająca o sobie zapomnieć, wystawiona na próbę miłość i przyjaźń, której nie jest w stanie zniszczyć nawet upływający czas. Dramatyczne wyznania i zaskakujący koniec. Opowieść tę pamięta się jeszcze długo po zakończeniu lektury.  Jest to powieść o ranach jakie trudno uleczyć, śmierci, której nie da się przechytrzyć, przebaczeniu i przeszłości. Przeszłości, jakiej nie można tak po prostu wymazać. Gorąco zachęcam Was do zapoznania się z historią Mandy. Jeśli to zrobicie, przeczytacie książkę o kobiecie, której zabrano wspomnienia. Naprawdę warta uwagi pozycja. Dreszczyk emocji, mnóstwo zaskoczeń, masa pytań i trudnych odpowiedzi. To wszystko, Drogi Czytelniku, oferuje Ci Cathy Glass. Teraz to do Ciebie należy decyzja czy chcesz wyciągnąć rękę, zabrać klucz i otworzyć drzwi do świata zatytułowanego "Kobieta bez przeszłości". Ja ze swojej strony gorąco Cię do tego zachęcam. 

 
Recenzja pochodzi z mojego bloga :  http://anne18-recenzentka.blogspot.com/2013/10/137-cathy-glass-kobieta-bez-przeszosci.html

poniedziałek, 15 lipca 2013

"Teleny" Oscar Wilde

Od wielu lat toczy się zaciekła dyskusja, czy aby na pewno Teleny jest dziełem Oscara Wilde'a. Na potrzeby owej recenzji przyjmuję, że tak właśnie jest.

Oscara Wilde'a nie trzeba przedstawiać. To genialny brytyjski twórca, znany przede wszystkim dzięki książce Portret Doriana Greya, no i oczywiście dzięki swojemu, dość burzliwemu życiorysowi. Patrząc właśnie na jego historię, możemy się pokusić o stwierdzenie, że Teleny to powieść autobiograficzna…Czy taka jest? To wie tylko sam Oscar.

-Opowiedz mi swoją historię od samego początku, Des Griux- poprosił, przerywając.- W jaki sposób się poznaliście?
-Było to na wielkim koncercie dla celów dobroczynnych, w którym on występował. Produkcje amatorów są zmorą współczesnej cywilizacji,(…)


Teleny, to imię jednego z dwójki głównych bohaterów, drugiego - Kamil. I to właśnie z jego punktu widzenia poznajemy historię dwóch zakochanych w sobie mężczyzn. Ostrzegam, że jest to książka silnie erotyczna i o miłości, głównie homoseksualnej, czasem zdarzy się seks zbiorowy, czy inne innowacje. Tak więc, jak na okładce - polecam pełnoletnim czytelnikom, którzy są tolerancyjni. Ale ad rem, starodawny Londyn, rozpusta, klimat podobny do Doriana. Kamil będąc na przedstawieniu poznaje Telenego. Obaj zakochują się w sobie.

Jakże mam wyrazić to wszystko, co czułem, dotykając dłoni Telenego? Dosłownie stanąłem w płomieniach, ale jednocześnie, choć zabrzmi to paradoksalnie, uspokoiłem się.

Kamil opowiada o swojej fascynacji sobą Telny'ego. Relacje są silnie emocjonalne, piękne, ulotne. Sposób w jaki przedstawia ówczesne mu czasy jest piękny, niepowtarzalny. Poza problemem miłości mężczyzn, możemy poznać przekrój społeczeństwa, problemy tamtych lat, oraz samą sytuację Londynu.

Przez kilka chwil ni mówił nic, jakby wyczekują odpowiedzi na swoje pytanie, której wcale nie trzeba było ubierać w słowa. Wyciągnąłem ku niemu ramiona. On zaś- jakby w nagłej obawie, że mu umknę- objął mnie mocno gestem nieprzezwyciężonego pożądania. 


Język jest łatwy, a zarazem piękny. To sprawia, że książkę czyta się szybko i przyjemnie. Jedynym problemem są liczne sceny erotyczne, mnie czasem one przytłaczały. Musiałam odłożyć książkę, aby chwilę odetchnąć. Ale wracałam do niej z wielką chęcią.

-Przebacz!
-Tobie przebaczyć, mój aniele? Nie tylko, że ci przebaczam, ale oddałbym za ciebie życie!

Jeśli chodzi o mnie i moją opinię, to książka mi się podobała, ale jak już pisałam, czasem była aż nadto odważna. Może nawet niesmaczna?  Bo Oscar chyba przekroczył cienką linię, widocznie napisał coś co nawet kilkaset lat później szokuje. Warto przeczytać, ale nie każdemu ta lektura się spodoba, czy nawet nie każdy doczyta ją do końca. Ja nie żałuję, a książkę stawiam na mojej półce.
Pamiętajcie tylko dla osób pełnoletnich ;)

poniedziałek, 27 maja 2013

Intrygi, morderstwa, otrucia... Witamy w starożytnym Rzymie!

,,Ja, Tyberiusz Klaudiusz Druzus Neron Germanik, i tak dalej, który tak niedawno znany byłem przyjaciołom, krewnym znajomym jako Klaudiusz Idiota, Klaudiusz Jąkała, Klau-Klau-Klaudiusz, a w najlepszym razie jako » biedny stryjaszek Klodzio «, przystępuję do spisania dziwnej historii mojego życia”.

Tymi słowami rozpoczyna się jedna z lepszych, jeśli nie najlepszych książek jakie miałam przyjemność przeczytać.  Zdaję sobie sprawę, że nie powinnam na samym początku recenzji tak jednoznacznie zajmować stanowiska wobec opisywanej właśnie książki, ale przypadek Roberta Graves'ajest naprawdę wyjątkowy. ,,Ja, Klaudiusz" to jedna z najbardziej znanych książek autora, którego polskiemu odbiorcy możemy przedstawić jako angielskiego Parandowskiego czy Kubiaka, czytaj - speca od mitologii.

Głównym bohaterem książki jest Klaudiusz, któremu towarzyszymy przez kilkadziesiąt lat jego życia, aż do momentu gdy został cesarzem. Wyszydzany z powodu swoich fizycznych ułomności chłopiec postanawia poświęcić się swojej największej pasji i zostać historykiem. Jest to jedno z niewielu zajęć, do których ma dostęp. Po latach owocnej pracy Klaudiusz postanawia napisać swoją autobiografię. Dzięki temu, że jest on  członkiem rodziny cesarskiej w miarę upływu stron możemy poznać innych członków tego zacnego rodu w tym samego Oktawiana Augusta, który w książce jawi się jako zaskakująco podporządkowany swej żonie Liwii władca, czy właśnie Liwię, jedną z największych, a zarazem najbardziej bezczelnych intrygantek jakie wydał świat. Ta para jest dowodem na to, że choć mężczyzna jest głową rodziny/państwa to kobieta jest szyją, którą tą głową kręci. Kolejnymi postaciami, z którymi mamy szansę się zapoznać są kryształowo uczciwi i honorowi Germanik (doskonały wódz) i Agryppina oraz wisienka na torcie, sam cesarz Kaligula. 


Graves korzystając ze swej wiedzy i lekkiego pióra nakreślił obraz nowego-starego świata, starożytnego Rzymu, który ożywa na kartach powieści tego znakomitego angielskiego prozaika. Czytając kolejne strony możemy poznać właściwie wszystkie aspekty życia Rzymian za panowania Augusta. Zapoznamy się z dworskimi intrygami, wmieszamy się w tłum biedaków czczących swego cesarza jak boga, poczujemy strach i adrenalinę gladiatorów walczących w  Koloseum czy wreszcie, zasmakujemy życia w koszarach jednej z najlepszych armii wszech czasów. Postacie i miejsca opisane w książce są przedstawione wyjątkowo realistycznie, wielowymiarowo, z dbałością o najdrobniejsze nawet szczegóły. Powieść ta jest świadectwem niezwykłej erudycji autora.
Jedno z najsłynniejszych zdjęć autora.

Dzieło Graves'a jest doskonałym dowodem na to  jak zepsutym i zdegenerowanym środowiskiem był starożytny Rzym, który w rzeczywistości niewiele wspólnego miał z  archetypicznym imperium, które poznajemy na lekcjach historii. Moim zdaniem, autor tego arcydzieła jest klasykiem współczesnej prozy, z którą każdy jest w stanie się zapoznać. Brak tu trudnych, nieużywanych obecnie słów czy, mówiąc wprost - wymądrzania się. Jest to powieść historyczna dostosowana do czytelnika zarówno z roku 1934 kiedy to została wydana jak i do tego z początku XXI wieku. Kontynuacją książki ,,Ja, Klaudiusz" jest powieść ,,Klaudiusz i Messalina", którą mam zamiar w najbliższym czasie kupić, przeczytać i oczywiście zrecenzować. 

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca

Recenzja pochodzi z blogu http://strofki.blogspot.com/

poniedziałek, 13 maja 2013

Strażnicy historii. Circus Maximus – Damian Dibben





Autor: Damian Dibben  (strona autora)
Tytuł: Strażnicy historii. Circus Maximus
Seria: Strażnicy historii #2
Oryginalny tytuł: The History Keepers: Circus Maximus
Wydawnictwo: EGMONT 
Data wydania: luty 2013
Stron: 336
Ocena: 6/10





Rutynowa, niby prosta, ale odpowiedzialna misja polegająca na odebraniu nowej partii atomium w XVIII-wiecznej Szwecji zamienia się w katastrofę. Gdyby tego było jeszcze mało znana w kręgach Strażników Historii demoniczna Agata Zeldt planuje zagładę historii, przejmując kontrolę nad legionami rzymskimi, a tym samym zawładając całą starożytnością. Czy jej się to uda? Jak to wszystko zaplanowała? Czy zdrajca jest tylko jeden i kto się nim okaże? Czy niebezpieczna misja w dwudziestym siódmym roku naszej ery za czasów panowania cesarza Tyberiusza także zakończy się niepowodzeniem? 

Druga część „Strażników Historii” okazała się o wiele lepsza od swojej poprzedniczki. To ta część bardziej mnie poruszyła i wywołała u mnie więcej emocji. Jest w niej więcej akcji, intryg, czy zadziwiających zwrotów akcji. Nawet bohaterowie bardziej mnie do siebie przekonali, oprócz denerwujących wciąż chichoczących Miriam i Alana, ale za to nowe postaci za nich nadrabiają. Niesamowita zmiana po niezbyt dobrych „Strażnikach Historii. Nadciąga burza”. Jednak i w tej części nie obuło się bez długich i nużących opisów, których nie darzę sympatią. 

Muszę jednak przyznać, że i po tych, choć długich opisach, których nie lubię chciałam znaleźć się tam, gdzie byli bohaterowie. Chciałam podróżować razem z grupą agentów i razem z nimi zwiedzać świat. Co tam świat! Całą historię. Chciałabym zobaczyć to wszystko na własne oczy. Starożytny Rzym, czy też jeden a największych cyrków w historii, jakim jest Circus Maximus i wspólnie z tamtejszą ludnością emocjonować się podczas oglądania wyścigów rydwanów, zobaczyć ludzi, ich stroje i zwyczaje, a także piękną starożytną architekturę.

Styl autora jest podobny, ale jakby inny. Nie wiem, czym jest to spowodowane. Bez długich opisów byłoby znacznie lepiej. Plusem też jest zrezygnowanie z tak dużej ilości żenujących żartów, na „nawet nie wiem, jakim” poziomie. Gdyby tak wyzbył się jeszcze tych, co chwile bez sensu chichoczących rodziców Jake’a, byłoby jeszcze ciekawiej, bo bardziej mnie oni denerwują, aniżeli bawią czy śmieszą. Jest to dla mnie tak wymuszone, tak sztuczne, że nawet nie chce mi się tego czytać.

Ale co jest z tego wszystkiego najlepsze? Że dzięki Dibbenowi zrobiłam dobrze jedno zadane z geografii na testach gimnazjalnych (:D). Tak, dziwne, bo to raczej powinno chodzić o historię, ale jak widać mnie się przydała ta książka do innego przedmiotu. Gdyby nie to, że właśnie czytałam jego debiut, może z tego stresu zapomniałabym o tak prostych rzeczach. Nie zapamiętałam tej informacji z lekcji, ale właśnie z jego książki. I to jest właśnie dowód na to, że czytając książki także się uczysz, ale w jeszcze ciekawszej formie niż na lekcyjnych wykładach.    Szkoda tylko, że nadal tak mało osób czyta książki, nawet nie wiedząc, co i jaką część nowej wiedzy tracą.

„Circus Maximus” jest o wiele lepszą kontynuacją, po którą warto sięgnąć. Nie żałuję, że to zrobiłam. Jestem zadowolona ze swojej ciekawskiej natury, bo gdyby nie ona, może zakończyłabym przygodę z tą serią już na pierwszym tomie. Jeśli każda kolejna część ma być lepsza, to jestem ciekawa, co takiego autor wymyślił w następnych częściach. Widać, ze Brytyjczyk dopiero się rozkręca i mam nadzieję, że trzeci tom „Strażników Historii” będzie jeszcze lepszy od dotychczasowych.


„Znał Nathana i Charliego zaledwie od miesiąca, ale miał poczucie, że są jego najlepszymi przyjaciółmi. Kiedy ludzie w twoim wieku są gotowi zaryzykować dla ciebie własne życie – a ty jesteś gotów zrobić to samo dla nich – słowo „przyjaźń” zyskuje zupełnie inne znaczenie.” [s.107]
~~~~
„Lojalność to kapryśne zwierzę.” [s.293]


____
Seria „Strażnicy historii”:


sobota, 27 kwietnia 2013

Cathy Glass Mamo uciekaj .

"Nigdy nie zmienię co do Ciebie zdania. Nie wiedziała , że tak bardzo  się myli a los bywa czasem bardzo okrutny". 
 Brytyjka Cathy Glass  to pisarka, która znana jest z tego . że w swoich powieściach opowiada  o losie dzieci, którymi się opiekuje.   Jednak  w książce " Mamo uciekaj" przedstawiła swoim czytelnikom i czytelniczkom historię  młodej  Azjatki.  Aisza  bo tak ma na imię  główna bohaterka  jest młodą ambitną pochodzącą z Indii dziewczyną. Kobieta skończyła studia, uzyskała dyplom  znalazła dobrą pracę.  Są więc powody do radości . Bohaterka pomimo wszystkich swoich sukcesów nie czuje się spełniona. Pewnego dnia uświadamia sobie , że  brakuje jej kogoś z kim mogłaby podzielić się swoim   szczęściem/ Pewnego dnia pod wpływem impulsu umawia się na spotkanie z pracownicą biura matrymonialnego.  Pełna zapału i chętna do pomocy Belinda szybko znajduje dla nowej klientki pierwszego i jak się później okazuje jedynego kandydata.  Aisza pomimo początkowych obaw i zdenerwowania  dobrze czuje się w towarzystwie mężczyzny , którego poznała zaledwie kilka dni temu. Główna postać utworu jest oczarowana nie tylko urodą, ale i sposobem w jaki Mark  traktuje kobiety. Ujmuje ją jego skromność,  opiekuńczość  i dobre maniery. Nawet błędy jakie mężczyzna popełnił w przeszłości( ma za sobą małżeństwo zakończone rozwodem)  nie mają dla niej znaczenia. Mimo iż Aisza już dawno przestała być nastolatką nadal wierzy w miłość od pierwszego wejrzenia, ufa , że wreszcie spotkała tego jedynego,  kogoś  kto przez jej koleżanki z uczelni  nazywany był  księciem z bajki. Para  po kilku wspólnie spędzonych miesiącach postanawia się pobrać. Choć zakochani  nie mogą złożyć przysięgi małżeńskiej przed Bogiem  to i tak wierzą, że będą ze sobą szczęśliwi.  Aisza i Mark postanawiają  , że uroczystość odbędzie się w dniu , który dla nich obu jest szczególny- w rocznicę pierwszej randki. Dziewczyna miała wrażenie , że wszystko dzieje się za szybko , ale nie była w  stanie wygrać z uczuciem , które okazało  się być silniejsze.  Przez kilka pierwszych tygodni wszystko było jak w bajce . Najpierw podróż poślubna potem usilne starania o dziecko i wielka radość   z możliwości bycia  żoną a  potem matką. Jednak w pewnym momencie   świat młodej i bezbronnej Azjatki   rozpada się i zmienia o sto osiemdziesiąt stopni
" Żyła balansując  na, krawędzi , nie wiedząc kiedy może runąć w przepaść". 

Wydawać by się mogło , że narodziny dziecka to najpiękniejsza chwila w życiu  każdego człowieka. Wtedy na świecie pojawia się  ktoś na kogo tak długo czekamy . Maleństwo trzymane na rękach   powinno być  symbolem miłości dwójki ludzi i ich najcenniejszym skarbem.  Historia Aiszy pokazuje , że nie zawsze jest tak   pięknie i kolorowo. Gdy kobieta wraca do domu trzymając w rękach małą córeczkę maż pokazuje swoją prawdziwą twarz. Bohaterka przez kilka lat jest bita, poniżana, krytykowana i wykorzystywana. Mark nie pozwala jej opuszczać domu  zapraszać gości  ani kontaktować się z rodziną. Aisza i jej dzieci czują , że nie są w stanie dłużej  żyć i mieszkać z mężczyzną , który zamienił  ich życie w koszmar. Czy  dziewczyna wreszcie zdecyduje się odejść od męża ? Choć kiedyś kogo pokochała teraz widzi , że tak naprawdę nie jest   dobrym troskliwym  człowiekiem lecz tyranem i despotą gotowym by ją zniszczyć . Chcecie dowiedzieć się jaka będzie decyzja Aiszy ? Może ktoś lub  coś da jej siłę i motywację aby wreszcie spróbowała uwolnić się od swojego oprawcy ? Zainteresowanych historią  kobiety  z innego kontynentu zapraszam do lektury kolejnej powieści   z serii "Pisane przez życie. 
" Przemoc odziera człowieka ze wszystkiego, wycieńcza tak , że  wierzymy , że nie potrafilibyśmy żyć bez naszego oprawcy". 
Angielska autorka ,matka i opiekunka znów stara się otworzyć oczy tym , którzy  zdają  się nie zauważać problemu lub wolą unikać drażliwych  tematów.  Teraz to nie ona  jest narratorką utworu. Oddaje głos  osobie , która doświadczyła przemocy fizycznej ze strony ukochanego.  W  utworze nie brakuje drastycznych opisów i pełnych leku monologów  zranionej kobiety. Znajdziemy tam również walkę z samą sobą i pytania o to  jak postąpić : walczyć  czy skapitulować ?. "Mamo uciekaj" to pełne bólu i cierpienia autentyczne świadectwo  dziewczyny, która uwierzyła   i na własnej skórze przekonała się , że  pod maską kochającego  mężczyzny i  przykładnego ojca kryje  się osoba zdolna do największych podłości. 
 Źródło cytatów : 

[1] Cathy Glass ,  Mamo uciekaj  ,  Wydawnictwo Hachette Warszawa  2012  ,Str.75 .
[2] Cathy Glass ,  Mamo uciekaj  ,  Wydawnictwo Hachette Warszawa  2012 ,Str.143 .
 
[3] Cathy Glass ,  Mamo uciekaj   ,  Wydawnictwo Hachette Warszawa  2012 ,Str.296


piątek, 26 kwietnia 2013

Strażnicy historii. Nadciąga burza – Damian Dibben





Autor: Damian Dibben (strona autora)
Tytuł: Strażnicy historii. Nadciąga burza
Seria: Strażnicy historii #1
Oryginalny tytuł: The History Keepers: The Storm Begins
Wydawnictwo: EGMONT
Data wydania: kwiecień 2012
Stron: 328
Ocena: 5/10





„Historia jest święta. Przeszłość może być naznaczona horrorami, ale pamiętaj, Jake, te horrory mogły być milion razy gorsze.” [s.93]


Rodzice czternastoletniego Jake’a zaginęli, a jest to o tyle straszne, bo zaginęli gdzieś w odmętach historii świata. Mogą być wszędzie, a co straszniejsze w każdym czasie, wieku, momencie historii. Jedna pochmurna noc, w której młody chłopiec został „porwany” zmienia wszystkiego w jego życiu, bowiem dowiaduje się, że jego szaleni rodzice należą do Tajnych Służb Straży Historii, które mają na celu chronić historię. Jake chcąc ich odnaleźć przenosi się z Londynu dwudziestego pierwszego wieku do szesnastowiecznej Francji, do głównej siedziby stowarzyszenia. Tam poznaje innych agentów z różnych epok. Podstępem dostaje się na statek grupy, która ma za zadanie odnaleźć jego rodzicieli, a także uratować świat przed obłąkanym Zeldtem, który ma zamiar zniszczyć historię, którą znamy, o której uczymy się na lekcjach. Czy im się uda? Czy Jake odnajdzie swoich rodziców? Czy udaremnią plany Zeldta? Czy jednak Zeldt dokona zagłady świata? Cóż za misterny plan uknuł książę ciemności?

Damian Dibben jest zakochanym w swoim mieście londyńczykiem. „Strażnicy historii. Nadciąga burza” to jego debitu literacki. Zanim zaczął pisać książki, pracował, jako scenarzysta przy przeróżnych projektach filmowych, takich jak „Kot w butach” czy „Upiór w operze”, zaś jego własny scenariusz „Seventh Heaven” ma niedługo wejść do produkcji. Interesuje się historią starożytną, naukami przyrodniczymi oraz powieściami przygodowymi.

Sam pomysł z Tajnymi Służbami Straży Historii jest naprawdę ciekawy. Sama od zawsze chciałam przenieść się w czasie. Zobaczyć jak kiedyś wszystko wyglądało, bo nie wiem, czemu patrząc na stare czarno-białe fotografie wyobrażam sobie świat również w takich barwach. A przecież było w nim tyle kolorów! Oj, chciałabym się przenieść od wiktoriańskiej Anglii i sama założyć piękną suknię, albo zobaczyć starożytny Egipt. Strażnicy historii i cała podróż w czasie są mocnymi plusami tej książki.

Autor posługuje się łatwym w odbiorze językiem, choć tłumaczenie procesu podróży w czasie Itak nie zrozumiałam, ale w końcu był on związany z fizyką, a jej chyba nigdy dobrze nie zrozumiem. Pomimo tego, że posługuje się on prostym językiem nie czytało mi się jego książki zbyt dobrze. Nie wiem dlaczego. Niby temat i wykonanie dobre, ale do mnie ono nie przemówiło.

W powieści nic nie było dobrze zarysowanie. Bohaterowie w ogóle mnie do siebie nie przekonali. Byli jacyś dziwni. Sam główny bohater nie przypominał mi czternastoletniego chłopca. Czułam, jakby został na siłę ukazany z jak najlepszej strony. Nie zauważyłam u niego żadnych wad. Jakąś minimalną dozą sympatii obdarzyłam tylko Charliego, ale tylko małą i tylko jego, niestety.

Akcja jest, a niby jej nie ma. Niby dzieje się coś ciekawego, ale nie porwało mnie tak jak miało. Nie wiem, cały czas mam do tej powieści mieszane uczucia. Jednak wiem i czuję, że powieść nie spodobała mi się tak jak miała. Nie czytałam jej z zapartym tchem. Czytałam ją chyba tylko po to, żeby ją dokończyć i tylko po to, aby dać jej jednak szanse. Przekonać się czy jednak autor czymś mnie zaskoczy. Niestety przeliczyłam się.

Jak widać moja opinia jest pełna sprzeczności, dlatego najlepiej samemu się zapoznać się ze „Strażnikami historii. Nadciąga burza” Damiana Dibbena. Nie twierdzę jednak, że powieść się nikomu nie spodoba. Może do kogoś ona przemówi, w końcu każdy ma inny gust. Nie wiem, jakoś nie umiem z czystym sercem jej odradzić, ale mogę jedynie powiedzieć, że znam o wiele lepsze książki młodzieżowe czy przygodowe. Jeśli jesteście zainteresowani przeczytajcie, choćby po to, żeby wyrobić sobie własną opinię, jeśli od początku was nie zainteresowała, nie musicie po nią sięgać. Nawet po przemyśleniu nie wiem, co mam o niej sądzić i muszę przyznać, że jest to chyba pierwsza taka książka, a już na pewno pierwsza od bardzo długiego czasu. Mam jednak nadzieję, że Dibben przekona mnie do siebie drugim tomem serii, bo jak zwykle moja ciekawość nie zna granic i muszę się dowiedzieć, co będzie dalej. Mogę jeszcze dodać, że niesamowicie mi się podoba tył okładki, piękne kolory i piękne widoki, to jest coś co lubię.


„Jeżeli zależy ci na edukacji, świat jest tym miejscem, w którym należy jej szukać. To o wiele bardziej skomplikowane miejsce, niż kiedykolwiek zdołałbyś sobie wyobrazić.” [s.26]
~~~~
„Życie jest takie ulotne – westchnął melancholijnie. – Trzeba cieszyć się każdą chwilą.” [s.162]

_____
Seria „Strażnicy historii”:
1. Nadciąga burza | 2. Circus Maximus

wtorek, 23 kwietnia 2013

Królestwo łabędzi – Zoe Marriott




Autor: Zoe Marriott  (strona autorki)
Tytuł: Królestwo łabędzi
Cykl wydawniczy: Poza czasem
Oryginalny tytuł: The Swan Kingdom
Wydawnictwo: Literacki Egmont
Data wydania: 6 marzec 2013
Stron: 264
Ocena: 7/10







Królestwo to kraina prawie doskonała. Urodzajne ziemie i lud, który jest wierny Starym Zasadom. Najmłodsza z córek króla wiedzie beztroskie życie na dworze swojego ojca razem z braćmi. Aleksandra mimo wszystko jest bardziej przywiązana do swojej matki, która poświęca jej wiele uwagi ucząc ją co powinna wiedzieć Bystra. Kiedy jednak matka zostaje zabita przez okrutną bestię Aleksandra wie, że to nie był tylko przypadek, próbując uzdrowić matkę wszystkimi znanymi sposobami. Po tym wszystkim jej ojciec każdego dnia wyrusza do lasu wytropić bestię, codziennie wracając z pustą ręką. Ale pewnego razu to się zmienia… Wraca on bowiem z piękną niewiastą znalezioną w lesie. Od tego momentu wszystko nabiera tempa. Kobieta oczarowuje króla i jego poddanych,  a ten nie chcąc tracić czasu poślubia ją. Nieudolna próba odkrycia mrocznych sekretów macochy, kończy się wywiezieniem Aleksandry do Midland i wygnaniem jej braci z Królestwa. Co z tym wszystkim mają wspólnego łabędzie? Czy Aleksandra odkryje mroczne tajemnice macochy? Co za bestia zabiła mądrą i bystrą królową? Czy Aleksandra odnajdzie w sobie niezwykłą moc? Czy uczucie, które połączyło ją z Gabrielem przejedzie próbę czasu?

Piękna okładka to jest to, co pierwsze rzuca się w oczy. Jednak z tego, co zauważyłam to znak rozpoznawczy okładek serii „Poza czasem” wydawanej nakładem wydawnictwa EGMONT. Mają w sobie pewien urok i gdy tylko spojrzy się na okładkę od razu widać, że jest to książka z tego cyklu wydawniczego. „Królestwo łabędzi” jest już drugą książką Zoe Marriott wydanej właśnie w tym cyklu wydawniczym, pierwszą były „Cienie na księżycu”.

„Królestwo łabędzi” nawiązuje do pięknej baśni Hansa Christiana Andersena „Dzikie łabędzie”. Muszę przyznać, że wcześniej ich nie znałam, a żeby poznać nawiązanie do niej czym prędzej ją przeczytałam. Co mogę powiedzieć? Nie wiem, czy jest to spowodowane tym, że „Królestwo łabędzi” przeczytałam pierwsze, czy też nie, ale powieść Marriott bardziej przypadła mi do gustu. Może dlatego, że było w niej więcej magii, którą uwielbiam? Była bardziej romantyczna? Jednak nie ma co porównywać baśni do powieści. Co najważniejsze nawiązanie jest tu bardzo widocznie, czego się nie spodziewałam, a co mnie pozytywnie zaskoczyło.

Aleksandra pomimo wieku jest silną osobowością, co pokazała przystąpieniem do zadania. Nie zgadza się na wszystko, wie czego chce i do tego dąży, nie zważając na swój fizyczny ból. Miłość i przywiązanie są dla niej ważniejsze. A Gabriel? Jest dobrze wychowanym młodzieńcem, rozumiejący swoją ukochaną. Tak, z pewnością należy do tego rodzaju bohaterów, z którymi sami, a raczej same z chęcią byśmy się zapoznały i ja tutaj nie jestem wyjątkiem, bo kto by nie chciał przystojnego i troskliwego księcia?

Jeśli autorka tak ciekawie pokazała swoją wizję baśni Andersena, to jestem bardzo ciekawa „Cieni na księżycu”, która z tego, co wiem również nawiązuje to jednej ze znanych baśni. Ciekawa fabuła i sprawnie poprowadzone tempo akcji, a także łatwy w odbiorze język to z pewnością najważniejsze atuty książki brytyjskiej pisarki. „Królestwo łabędzi” polecam wszystkim poszukiwaczom powieści przesyconej magią, miłością i baśniowością, bo to wszystko zaserwowała swoim czytelnikom Zoe Marriott w swojej drugiej już pozycji. Czekam z niecierpliwością na więcej jej książek na polskim rynku wydawniczym i na to, kiedy w końcu będę mogła przeczytać jej debiut.



Ale podobnie jak zmieniają się pory roku, tak i natura człowieka ulega zmianom.” [s.36]
~~~~
„Gdyby życzenia zmieniały się w konie, żebracy byliby wspaniałymi jeźdźcami.” [s.125]
~~~~
„Wykorzystaj swój dar i wiedzę. Zaufaj sobie. Wtedy będziesz wiedziała, co powinnaś zrobić.” [s.179]
~~~~
„- Nie powinnaś mi pozwolić, abym ciągnął cię do ogrodu. Czasami zachowuję się jak idiota, ale ty zachowujesz się jeszcze gorzej, nie mówiąc mi o tym ani słowa.” [s.232]

sobota, 20 kwietnia 2013

Taniec czarownic - Jessica Gregson


Jessica Gregson wpadła na pomysł napisania powieści snującej się wokół wydarzeń w węgierskiej wsi Nagyrév podczas lektury encyklopedii seryjnych zabójców. Tam w latach 1914-1929 grupa kobiet zamordowała około 45-300 ludzi, głównie mężczyzn. Co do dokładnej liczby nie ma zgody. Wydaje się, że to niemożliwe, aby nikt nie zauważył nagłych zgonów takiej liczby osób przez tyle lat, ale można to wytłumaczyć tym, że była to mała, zagubiona w węgierskiej puszcie, wioska, niemal odcięta od zewnętrznego świata. Za całą sprawą stały dwie kobiety: Julia Fazekas oraz Susi Olah, które świadczyły swoje usługi jako akuszerki, ale także podobno jako czarownice. W finale tej sprawy osiem kobiet z tejże wioski zostaje powieszonych. Autorka zmienia w „Tańcu czarownic” nazwę wsi oraz imiona głównych bohaterek, a fakty miesza z fikcją literacką. Napomknę tylko, że znowu znowu dziwnie przetłumaczono tytuł, bo w oryginale brzmi on „The Angel Makers”. Zdaję sobie sprawę, że „Fabrykantki aniołów” nie brzmią zbyt dobrze i może nie oddają dobrze gry słów, ale „Taniec czarownic”?

Jessica Gregson zaczyna swoją opowieść w 1914 roku, a więc u progu pierwszej wojny światowej i zabiera nas do wioski, gdzie mieszka czternastoletnia Sari Arana, która właśnie straciła swojego ojca. Jej ojciec był kimś w rodzaju znachora i mędrca, cieszył się 
Zbrodniarki z Nagyrev przed sądem - źródło 
 wielkim poważaniem. Niestety ów szacunek nie przeszedł na córkę. Jej matka zmarła przy jej porodzie, a ona sama miała odziedziczyć zdolności po ojcu, oprószone dodatkowo magicznymi zdolnościami, co kobiecie nie przynosiło zaszczytu, wręcz przeciwnie. Sari była dziewczyną „nowoczesną” na owe czasy, nie tylko umiała czytać i pisać po węgiersku, ale dodatkowo posługiwała się dobrze niemieckim. Jej ulubioną książką była „Jane Eyre”. Sari pragnęła czegoś więcej od życia i świata, nie chciała się zamknąć w ciasnych ramach wioskowej wspólnoty, nie marzyła, aby być uwiązaną w małżeństwie. Niestety, zgodnie z ówczesnymi zwyczajami nie było pożądane to, aby po śmierci ojca mieszkała sama. Miała więc dwa wyjścia, mogła wyjść za mąż za swojego możnego kuzyna Ferenca lub zamieszkać z przyszywaną ciotką Judit, która była akuszerką i zielarką, czasami pomagającą sobie także zaklęciami. Nie czuła się gotowa do zamążpójścia, częściowo także związana była obietnicą daną ojcu, że nie wyjdzie za mąż przed ukończeniem osiemnastego roku życia. Ferenc wyruszył więc na wojnę, a ona, nieoficjalnie zaręczona, przeniosła się do ciotki Judit, gdzie mogła wzbogacić swoją wiedzę zielarki, która częściowo została jej przekazana już przez ojca, a także dodatkowo uczyć się przyjmować porody. Pomiędzy bezdzietną Judit i młodą Sari nawiązała się niezwykła relacja, przypominająca stosunki pomiędzy matką i córką, stopniowo budowana na bazie zaufania i wyjątkowej zażyłości. To właśnie te relacje były dla mnie szczególnie interesujące, jak i stosunki pomiędzy Sari i pozostałymi mieszkankami wioski.

Susi Olah (książkowa Sari) druga z prawej) - źródło 
Wojna zmieniła w wiosce wszystko, praktycznie kobiety zostały same, wyzwoliły się z mężowskich oków, zbliżyły się też do siebie. Nawet Sari, poprzednio wytykana placami i budząca strach, została zaakceptowana przez resztę kobiecego społeczeństwa. Rozluźniły się obyczaje, kobiety mogły się swobodniej ubierać i zachowywać, a totalny zwrot dokonał się, kiedy na obrzeżu wioski założono niewielki obóz dla włoskich jeńców wojennych. Można się tylko domyślać, co się wtedy zaczęło dziać. Większość z tych kobiet nie była szczęśliwa w związkach małżeńskich, do których w większości przypadków były przymuszane przez rodziców, czy nawet gwałty. To mężowie byli ich panami i władcami, często bardzo srogimi, a wojna dała im kilka lat wolności. Wojna się jednak skończyła, jeńcy musieli wrócić do własnego kraju, a mężowie do domów. Nie wszystkim to się podoba. Solidarność kobieca zadzierzgnięta w czasie wojny daje swoje zatrute owoce również w czasie pokoju...

„Taniec czarownic” czyta się dobrze, aczkolwiek nie przekonywał mnie język, którym posługiwała się Sari. Nawet jeśli była wyedukowana bardziej, niż większość jej koleżanek, to nie byłam przekonana do jej aż tak wysokiego poziomu intelektualnego. W końcu była prostą dziewczyną z wioski, może bardziej bystrą, ale nie uczęszczającą nigdy do szkoły. Książka do połowy przypomina romans, a od połowy kryminał. Mimo, iż starałam się nie wczytywać za bardzo przed lekturą o co tak dokładnie chodziło w sprawie zbrodni w Nagyrévie, to akcja jest tak poprowadzona, że można się domyślić finału. Owszem, interesująca jest to pozycja z punktu psychologii tłumu i tego, jak pojedyncze osoby, w tym wypadku nie chodzi mi tylko o Sari czy Judit, ale na przykład również o złą do szpiku kości Orsolyę, mogą wpływać na opinie i zachowania innych członków wspólnoty, jak łatwo jest przekroczyć tą cienką linię pomiędzy dobrem, a złem, jak prosto jest „przedobrzyć” i pozbyć się wszelkich etycznych limitów. Od połowy książki zwietrzyłam już jej zakończenie, więc szczerze mówiąc doczytałam ją bez większego zainteresowania całą sprawą. Nie byłam zachwycona tą pozycją. Temat świetny, ale przedstawiony w zbyt oczywisty sposób, nie dostarczył mi emocji, których się spodziewałam. Jak dla mnie to po prostu średnie czytadło na jeden wieczór.


Notka pochodzi z Myśli Czytelnika 

wtorek, 16 kwietnia 2013

Charlotte Bronte Profesor .

Przeczytanie wszystkich powieści sióstr Brontë jest jednym z moich czytelniczych postanowień na ten rok. Tak więc po przeczytaniu dwóch książek napisanych przez Anne i Emilly przyszedł wreszcie czas aby zapoznać się z utworami , które pozostawiła po sobie najstarsza z pisarskiego rodzeństwa czyli Charlotte.
Jak na tle "Wichrowych Wzgórz" i "Agnes Grey" wypada "Profesor" ? Powiem krótko świetnie. Jeśli będziesz czytał/ czytała tę recenzję dalej dowiesz się dlaczego tak uważam. Zanim jednak wystawię książce ostateczną ocenę przybliżę jej fabułę , napiszę kilka swój o najważniejszej postaci utworu oraz stylu jakim posłużyła się ta znana pisarka oraz o rzadko spotykanym zabiegu literackim, który zastosowała autorka.

Głównym bohaterem i narratorem powieści jest młody mężczyzna William Cromsworth , który dopiero wkracza w dorosłość i wciąż poszukuje własnej tożsamości , zastanawia się co chce robić dalej. Przez pierwsze kilka lat życia zanim trafił do szkoły z internatem wychowywali go krewni. Po ukończeniu ostatniego etapu edukacji postanawia zrezygnować z tego co zapewnia mu jego arystokratyczne pochodzenie i wyjechać do Brukseli aby tam poszukać nie tylko pracy , ale i swojego miejsca. Przy małej "pomocy" przyjaciela udaje mu się zdobyć posadę nauczyciela angielskiego w szkole z internatem do. której uczęszczają tylko dziewczyny . Tym samym mężczyzna ma okazję aby wreszcie lepiej poznać naturę kobiet bo wcześniej niezbyt często dostawał szansę by z się z nimi spotykać. Czy któraś z koleżanek spróbuje zawrócić mu w głowie ? a jeśli tak to jak na te próby zareaguje tytułowy profesor ?

Debiutancka powieść Charlotte Brontë wydana w Anglii dopiero po śmierci pisarki jest prawdziwą literacką ucztą , ale nie dla każdego. Osoby , które chcą podczas czytania poczuć dreszczyk emocji czy zapoznać się z dobrze skonstruowanymi dialogami mogą czuć się zawiedzione bo w książce dominują plastyczne opisy, subtelny język a rozmowy pomiędzy bohaterami schodzą na drugi plan. Najstarsza z sióstr zgrabnie i z klasą wplata w fabułę wątki autobiograficzne ( sama również była nauczycielką języka angielskiego i miała okazję poznać smak miłości). Powieściopisarka zdecydowała się powierzyć rolę narratora mężczyźnie . Tak zabieg jest niezwykle rzadko stosowany w literaturze XIX Anglii. Wszystkie trzy siostry miały pewien niezwykły dar kreowania postaci , które na długo zapadają w pamięć. Wszystkie osoby, które udało im się stworzyć przy użyciu własnej wyobraźni są bardzo wyraziste , realne potrafią przykuć uwagę czytelnika. Każdą nich możemy obdarzyć zaufaniem i być pewni , że dobrze poprowadzi nas ulicami Londynu i opowie o tym jakie było życie w tamtym okresie historycznym oraz czym różniło się od czasów nam współczesnych . Podobało mi się to , że autorka postanowiła na niektórych stronach umieścić również zwroty w języku francuskim , które zostały objaśnione w przypisach.
Moje trzecie spotkanie z pisarskim dorobkiem brytyjskich sióstr uważam za bardzo udane. Na koniec nie pozostaje mi nic innego jak tylko gorąco polecić tę pozycję i czekać aż będzie mi dane przeczytać kolejne dzieła Charlotte bo wiem , że warto.

niedziela, 14 kwietnia 2013

Kerstin Gier- Trylogia Czasu 01- Czerwień Rubinu

Tytuł oryginału: Rubinrot
Autor: Kerstin Gier
Seria: Trylogia Czasu 01
Rok wydania: 2011
Gatunek: Fantasy
Liczba stron: 344
Wydawnictwo:  Egmont


Podróż w czasie. Czy jest możliwa? Pytanie  to wydaje się być śmiesznym, retorycznym, gdyż każdy z nas wie, jaka będzie na nie odpowiedź... Jednakże wyobraźcie sobie odwrotną sytuację, w której spotykacie się z pozytywną odpowiedzią. Ktoś mówi ci tak, zamiast nie- jak reagujesz? Patrzysz na niego jak na głupka, myślisz, że oszalał, jednak prawdą jest to, że on ma rację. Kerstin Gier wynalazła sposób- pisząc wspaniałą "Trylogie Czasu" i tym samym dając nam, możliwość podróży w czasie. Niebywałe jest to,  jak jedna, na pozór niczym nie wyróżniająca się  książka, może sprawić, że robi się takie zamieszanie... Zapewne wiecie, że trylogia ta trafiła na listy bestsellerów, jak i to, że autorka podbiła serca wielu czytelników? Przyznam się, że ja sama jestem jednym z nich, gdyż Kerstin Gier zaskoczyła mnie jak nikt inny i sprawiła, że spełniło się jedno z moich dziecinnych marzeń. A mianowicie zabrała mnie w najlepszą podróż w czasie, gdzie wszystko stawało się możliwe- jak czarny rycerz w zbroi, żywy gargulec, czy takie postawy jak odwaga i bohaterstwo,  z którymi ciężko spotkać się w naszych czasach. Gdy czytałam tę powieść, miałam wrażenie, że to ja przenoszę się w epokach, że ja ubieram się w te śliczne kolorowe stroje, że ja jadę karocą... Naprawdę było to dla mnie niesamowite przeżycie, gdyż uwielbiam historię, ubiory, język, zasady poszczególnych epok, których autorka daje nam niezły zastrzyk w swoich opisach. Ciężko napisać coś, bez przekoloryzowania tego,   gdy w grę wchodzą- historia, miłość i bohaterowie ratujący świat. Jednakże Gier  Kerstin  poradziła tu sobie znakomicie i stworzyła wiarygodnych, naturalnych, jednak mimo to nie pospolitych  bohaterów, którzy zapadają głęboko w pamięć i cieszą się sympatią większości czytelników.

Gwendolyn, główna bohaterka książki, to  zwyczajna nastolatka, która chodzi do szkoły, pisze prace domowe, ma najlepszą przyjaciółkę z którą spędza czas na przerwach, plotkuje... Typowe życie ucznia, nic nadzwyczajnego, prawda? Jednakże pozory mylą, gdyż bohaterka nie jest taka, na jaką wygląda. Wszyscy dają się złapać wyobrażeniom, temu co widzą, a nie co powinni tak naprawdę myśleć, czynić... Rodzina Gwendolyn wpada w tę pułapkę, przygotowując do podróży w czasie, nie tę dziewczynę co trzeba- jej kuzynkę Charlottę.Główna bohaterka nie ma o niczym pojęcia do czasu, gdy niespodziewanie przenosi się w czasie, a przykra prawda wychodzi na  jaw. Niezwykły gen posiada, wcale nieprzygotowana do tego  dziewczyna i co teraz? Teraz  zaczynają się komplikacje- rodzina nie może uwierzyć, że popełniła tak wielki błąd, kuzynka jest wściekła, Gideon de Villiers- główny bohater, jest arogancki i nieciekawie  zaczyna się jego znajomość z Gwendolyn... Jednakże w odpowiednim czasie wszystko ma swój punkt kulminacyjny. Nawet "Trylogia czasu", która wydaje się nie mieć końca, nareszcie ma swój happy end, czy też złe zakończenie. 

Z "Trylogii czasu" zapadły mi w pamięć, charakterystyczne słowa głównej bohaterki, które w jakiś sposób robią tę książkę jeszcze bardziej wyjątkową- przynajmniej dla mnie.  

"Gotowa, jeżeli i ty jesteś gotów"

Dlaczego sięgnęłam po tę pozycję? Chyba tylko dlatego, że okładka rzuciła mi się w oczy- zresztą wszystkie książki z twarzami znajdują się na mojej liście do przeczytania...Jednakże zachęcił mnie również sam tytuł - "Trylogia czasu", która skojarzyła mi się z czasem jakiego ludziom ciągle  brakuje, a którego zapewne nie warto poświęcać tylko pracy, czy zamartwieniem się na zapas, lecz czerpać z niego jak najwięcej, gdyż w każdej chwili może się on dla nas skończyć. Dlatego nie pozwólcie, by życie przeleciało wam, jak piasek przez palce...


"Czerwień rubinu" to pierwszy tom "Trylogii czasu" Kerstin Gier, który sprawił, że siedziałam jak na szpilkach oczekując dalszego ciągu wydarzeń. Bohaterowie w stu procentach zdobyli moją sympatie i nie ukrywam nawet, że moje serce zabiło mocniej, gdy w grę zaczęły wchodzić uczucia i miłość. Jednakże nie było to love story, jakie znamy ze "Zmierzchu". Nie było tu tej sztucznej sielanki, która tak bardzo razi w oczy w znanej nam wszystkim sadze Stephenie Meyer, tylko prawdziwe uczucia, gdzie jest czas na miłość, strach, jak i na nadmiar emocji. Akcja pierwszego tomu daje nam niezłego kopa, przez co nie można się nudzić czytając"Czerwień rubinu". Prawdą jest również to, że niemiecka autorka zagarnęła sobie kolejne serce do swojej kolekcji. Dlatego ostrzegam was, spodziewajcie się po tej pozycji czegoś więcej, niż  słowo- "zwykła". Naprawdę jestem pewna, że porwie i was. Jednak, czy autorka skradnie i wasze serca? Przekonajcie się sami...

"Trylogia czasu" Kerstin Gier, składa się z:

 
 
Ekranizacja "Czerwieni rubinu", Kerstin Gier:

Wiedzieliście, że będzie ekranizacja pierwszego tomu Kerstin Gier? Ja sama wiem od niedawna, jednak zapewne wybieram się na premierę... Przyznam szczerze nie jestem fanem filmów niemieckich, ale "Czerwieni rubinu" za nic w świecie, nie mogę przegapić! Bardzo jestem ciekawa, czy ekranizacja podbije serca widzów i czy spotka się z tyloma pozytywnymi ocenami, co sama książka. A wy skusicie się na tę podróż w czasie?

A oto i zwiastun:



Ogólna ocena: 9/10