Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty

środa, 15 stycznia 2014

Alchemia miłości – Eve Edwards





Autor: Eve Edwards (strona autorki)
Tytuł: Alchemia miłości
Seria: Kroniki rodu Lacey #1
Oryginalny tytuł: The Other Countess
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 25.09.2013
Stron: 384
Tłumaczenie: Małgorzata Fabianowska 







„- Wiek zmienia nasze zapatrywania na życie.” [s.30]

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Zdobywam zamek - Dodie Smith

O książce Dodie Smith „I Capture the Castle” opowiadały mi wielokrotnie moje koleżanki z pracy, nazywając ją książką ich młodości i ukochaną powieścią. Toteż kiedy przeczytałam w „Mieście książek”, że po ponad siedemdziesięciu latach ukazał się wreszcie polski przekład, pospiesznie książkę kupiłam i zaczęłam czytać. Wyobrażałam sobie, że to jest dokładnie taki tytuł, jakiego mi teraz potrzeba, czarujący, nieco lukrowany, mający w sobie ten urok, który dla mnie mają na przykład książki Lucy Maud Montgomery z „Błękitnym zamkiem”, wspomnianym na okładce, na czele.
Szybko okazało się, że „Zdobywam zamek” nie ma dla mnie tej magii, co książki Montgomery, a z „Błękitnym zamkiem”, moją powieścią młodości, ma wspólny tylko tytuł.

„Zdobywam zamek” to historia spisana piórem Cassandry , która traktuje swój dziennik jako swoiste ćwiczenie w drodze do kariery pisarki. Romantyczna, niezwykle wrażliwa, doskonała nastoletnia obserwatorka, próbuje uchwycić chwile z życia swojej nietuzinkowej rodziny. Rodziny, która wynajmuje zachwycający zamek, położony w odludnej, przepięknej okolicy, jednocześnie zaś klepie biedę. Ojciec jest twórcą jednej genialnej książki, po której nie napisał już niczego innego, siedzi sobie więc zamknięty w wieży, niby
Filmowa Cassandra - źródło
pracując, a faktycznie żyjąc w swoim świecie, czytając książki i nie robiąc absolutnie nic, aby polepszyć standard życia swojej pięcioosobowej rodziny. Wszystko zostaje na głowie przecudnej urody macochy Topaz oraz starszych dziewczyn – Cassandry i jej siostry Rose. Wszystkie panie robią wszystko, co w ich mocy, aby wyżywić rodzinę i zadbać o resztki garderoby. Ciągle pozująca Rose jest panną na wydaniu, która marzy o wielkiej miłości, ale także chce się wyrwać z nędzy panującej w zamku, toteż jej wybranek serca musi spełniać majątkowe oczekiwania. Los rodziny odmienia się, kiedy w pobliskim dworze zjawia się nowy właściciel ze swoim bratem...

Nie przeczę, że oczekiwałam książki wybitnej, arcydzieła niemal. Tymczasem książka podobała mi się, ale nie zachwyciła, mimo, że jest w klimacie tak lubianych przeze mnie książek sióstr Brontë czy samej Austen, w którym świetnie się odnajduję i lubuję. Sama Cassandra z  jej naiwnością i
romantyzmem z jednej strony, a dojrzałością i trzeźwością oceny sytuacji z drugiej, podbiła moja serce. Sama jednak historia jest dosyć banalna i przewidywalna, nie ma nawet powodu, aby doszukiwać się tutaj jakieś spektakularnej głębi. Napisana dobrze, toteż nie rozumiem, dlaczego czasami aż tak mi się dłużyła.

Być może miał na to wpływ fakt, że jak tylko przeczytałam o pięknej Topaz, to przypomniałam sobie, że oglądałam kiedyś ekranizację tej powieści i sceny z filmu miałam często przed oczyma podczas lektury. A może po prostu przeczytałam tą książkę za późno, może gdybym sięgnęła po nią będąc nastolatką, to wtedy podbiłaby moje serce. “Zdobywam zamek” ma swój urok i czar książki z myszką, miałam chyba po prostu nieco zawyżone oczekiwania i trudno mi się pozbyć tej nuty rozczarowania.


poniedziałek, 13 maja 2013

Strażnicy historii. Circus Maximus – Damian Dibben





Autor: Damian Dibben  (strona autora)
Tytuł: Strażnicy historii. Circus Maximus
Seria: Strażnicy historii #2
Oryginalny tytuł: The History Keepers: Circus Maximus
Wydawnictwo: EGMONT 
Data wydania: luty 2013
Stron: 336
Ocena: 6/10





Rutynowa, niby prosta, ale odpowiedzialna misja polegająca na odebraniu nowej partii atomium w XVIII-wiecznej Szwecji zamienia się w katastrofę. Gdyby tego było jeszcze mało znana w kręgach Strażników Historii demoniczna Agata Zeldt planuje zagładę historii, przejmując kontrolę nad legionami rzymskimi, a tym samym zawładając całą starożytnością. Czy jej się to uda? Jak to wszystko zaplanowała? Czy zdrajca jest tylko jeden i kto się nim okaże? Czy niebezpieczna misja w dwudziestym siódmym roku naszej ery za czasów panowania cesarza Tyberiusza także zakończy się niepowodzeniem? 

Druga część „Strażników Historii” okazała się o wiele lepsza od swojej poprzedniczki. To ta część bardziej mnie poruszyła i wywołała u mnie więcej emocji. Jest w niej więcej akcji, intryg, czy zadziwiających zwrotów akcji. Nawet bohaterowie bardziej mnie do siebie przekonali, oprócz denerwujących wciąż chichoczących Miriam i Alana, ale za to nowe postaci za nich nadrabiają. Niesamowita zmiana po niezbyt dobrych „Strażnikach Historii. Nadciąga burza”. Jednak i w tej części nie obuło się bez długich i nużących opisów, których nie darzę sympatią. 

Muszę jednak przyznać, że i po tych, choć długich opisach, których nie lubię chciałam znaleźć się tam, gdzie byli bohaterowie. Chciałam podróżować razem z grupą agentów i razem z nimi zwiedzać świat. Co tam świat! Całą historię. Chciałabym zobaczyć to wszystko na własne oczy. Starożytny Rzym, czy też jeden a największych cyrków w historii, jakim jest Circus Maximus i wspólnie z tamtejszą ludnością emocjonować się podczas oglądania wyścigów rydwanów, zobaczyć ludzi, ich stroje i zwyczaje, a także piękną starożytną architekturę.

Styl autora jest podobny, ale jakby inny. Nie wiem, czym jest to spowodowane. Bez długich opisów byłoby znacznie lepiej. Plusem też jest zrezygnowanie z tak dużej ilości żenujących żartów, na „nawet nie wiem, jakim” poziomie. Gdyby tak wyzbył się jeszcze tych, co chwile bez sensu chichoczących rodziców Jake’a, byłoby jeszcze ciekawiej, bo bardziej mnie oni denerwują, aniżeli bawią czy śmieszą. Jest to dla mnie tak wymuszone, tak sztuczne, że nawet nie chce mi się tego czytać.

Ale co jest z tego wszystkiego najlepsze? Że dzięki Dibbenowi zrobiłam dobrze jedno zadane z geografii na testach gimnazjalnych (:D). Tak, dziwne, bo to raczej powinno chodzić o historię, ale jak widać mnie się przydała ta książka do innego przedmiotu. Gdyby nie to, że właśnie czytałam jego debiut, może z tego stresu zapomniałabym o tak prostych rzeczach. Nie zapamiętałam tej informacji z lekcji, ale właśnie z jego książki. I to jest właśnie dowód na to, że czytając książki także się uczysz, ale w jeszcze ciekawszej formie niż na lekcyjnych wykładach.    Szkoda tylko, że nadal tak mało osób czyta książki, nawet nie wiedząc, co i jaką część nowej wiedzy tracą.

„Circus Maximus” jest o wiele lepszą kontynuacją, po którą warto sięgnąć. Nie żałuję, że to zrobiłam. Jestem zadowolona ze swojej ciekawskiej natury, bo gdyby nie ona, może zakończyłabym przygodę z tą serią już na pierwszym tomie. Jeśli każda kolejna część ma być lepsza, to jestem ciekawa, co takiego autor wymyślił w następnych częściach. Widać, ze Brytyjczyk dopiero się rozkręca i mam nadzieję, że trzeci tom „Strażników Historii” będzie jeszcze lepszy od dotychczasowych.


„Znał Nathana i Charliego zaledwie od miesiąca, ale miał poczucie, że są jego najlepszymi przyjaciółmi. Kiedy ludzie w twoim wieku są gotowi zaryzykować dla ciebie własne życie – a ty jesteś gotów zrobić to samo dla nich – słowo „przyjaźń” zyskuje zupełnie inne znaczenie.” [s.107]
~~~~
„Lojalność to kapryśne zwierzę.” [s.293]


____
Seria „Strażnicy historii”:


piątek, 26 kwietnia 2013

Strażnicy historii. Nadciąga burza – Damian Dibben





Autor: Damian Dibben (strona autora)
Tytuł: Strażnicy historii. Nadciąga burza
Seria: Strażnicy historii #1
Oryginalny tytuł: The History Keepers: The Storm Begins
Wydawnictwo: EGMONT
Data wydania: kwiecień 2012
Stron: 328
Ocena: 5/10





„Historia jest święta. Przeszłość może być naznaczona horrorami, ale pamiętaj, Jake, te horrory mogły być milion razy gorsze.” [s.93]


Rodzice czternastoletniego Jake’a zaginęli, a jest to o tyle straszne, bo zaginęli gdzieś w odmętach historii świata. Mogą być wszędzie, a co straszniejsze w każdym czasie, wieku, momencie historii. Jedna pochmurna noc, w której młody chłopiec został „porwany” zmienia wszystkiego w jego życiu, bowiem dowiaduje się, że jego szaleni rodzice należą do Tajnych Służb Straży Historii, które mają na celu chronić historię. Jake chcąc ich odnaleźć przenosi się z Londynu dwudziestego pierwszego wieku do szesnastowiecznej Francji, do głównej siedziby stowarzyszenia. Tam poznaje innych agentów z różnych epok. Podstępem dostaje się na statek grupy, która ma za zadanie odnaleźć jego rodzicieli, a także uratować świat przed obłąkanym Zeldtem, który ma zamiar zniszczyć historię, którą znamy, o której uczymy się na lekcjach. Czy im się uda? Czy Jake odnajdzie swoich rodziców? Czy udaremnią plany Zeldta? Czy jednak Zeldt dokona zagłady świata? Cóż za misterny plan uknuł książę ciemności?

Damian Dibben jest zakochanym w swoim mieście londyńczykiem. „Strażnicy historii. Nadciąga burza” to jego debitu literacki. Zanim zaczął pisać książki, pracował, jako scenarzysta przy przeróżnych projektach filmowych, takich jak „Kot w butach” czy „Upiór w operze”, zaś jego własny scenariusz „Seventh Heaven” ma niedługo wejść do produkcji. Interesuje się historią starożytną, naukami przyrodniczymi oraz powieściami przygodowymi.

Sam pomysł z Tajnymi Służbami Straży Historii jest naprawdę ciekawy. Sama od zawsze chciałam przenieść się w czasie. Zobaczyć jak kiedyś wszystko wyglądało, bo nie wiem, czemu patrząc na stare czarno-białe fotografie wyobrażam sobie świat również w takich barwach. A przecież było w nim tyle kolorów! Oj, chciałabym się przenieść od wiktoriańskiej Anglii i sama założyć piękną suknię, albo zobaczyć starożytny Egipt. Strażnicy historii i cała podróż w czasie są mocnymi plusami tej książki.

Autor posługuje się łatwym w odbiorze językiem, choć tłumaczenie procesu podróży w czasie Itak nie zrozumiałam, ale w końcu był on związany z fizyką, a jej chyba nigdy dobrze nie zrozumiem. Pomimo tego, że posługuje się on prostym językiem nie czytało mi się jego książki zbyt dobrze. Nie wiem dlaczego. Niby temat i wykonanie dobre, ale do mnie ono nie przemówiło.

W powieści nic nie było dobrze zarysowanie. Bohaterowie w ogóle mnie do siebie nie przekonali. Byli jacyś dziwni. Sam główny bohater nie przypominał mi czternastoletniego chłopca. Czułam, jakby został na siłę ukazany z jak najlepszej strony. Nie zauważyłam u niego żadnych wad. Jakąś minimalną dozą sympatii obdarzyłam tylko Charliego, ale tylko małą i tylko jego, niestety.

Akcja jest, a niby jej nie ma. Niby dzieje się coś ciekawego, ale nie porwało mnie tak jak miało. Nie wiem, cały czas mam do tej powieści mieszane uczucia. Jednak wiem i czuję, że powieść nie spodobała mi się tak jak miała. Nie czytałam jej z zapartym tchem. Czytałam ją chyba tylko po to, żeby ją dokończyć i tylko po to, aby dać jej jednak szanse. Przekonać się czy jednak autor czymś mnie zaskoczy. Niestety przeliczyłam się.

Jak widać moja opinia jest pełna sprzeczności, dlatego najlepiej samemu się zapoznać się ze „Strażnikami historii. Nadciąga burza” Damiana Dibbena. Nie twierdzę jednak, że powieść się nikomu nie spodoba. Może do kogoś ona przemówi, w końcu każdy ma inny gust. Nie wiem, jakoś nie umiem z czystym sercem jej odradzić, ale mogę jedynie powiedzieć, że znam o wiele lepsze książki młodzieżowe czy przygodowe. Jeśli jesteście zainteresowani przeczytajcie, choćby po to, żeby wyrobić sobie własną opinię, jeśli od początku was nie zainteresowała, nie musicie po nią sięgać. Nawet po przemyśleniu nie wiem, co mam o niej sądzić i muszę przyznać, że jest to chyba pierwsza taka książka, a już na pewno pierwsza od bardzo długiego czasu. Mam jednak nadzieję, że Dibben przekona mnie do siebie drugim tomem serii, bo jak zwykle moja ciekawość nie zna granic i muszę się dowiedzieć, co będzie dalej. Mogę jeszcze dodać, że niesamowicie mi się podoba tył okładki, piękne kolory i piękne widoki, to jest coś co lubię.


„Jeżeli zależy ci na edukacji, świat jest tym miejscem, w którym należy jej szukać. To o wiele bardziej skomplikowane miejsce, niż kiedykolwiek zdołałbyś sobie wyobrazić.” [s.26]
~~~~
„Życie jest takie ulotne – westchnął melancholijnie. – Trzeba cieszyć się każdą chwilą.” [s.162]

_____
Seria „Strażnicy historii”:
1. Nadciąga burza | 2. Circus Maximus

wtorek, 23 kwietnia 2013

Królestwo łabędzi – Zoe Marriott




Autor: Zoe Marriott  (strona autorki)
Tytuł: Królestwo łabędzi
Cykl wydawniczy: Poza czasem
Oryginalny tytuł: The Swan Kingdom
Wydawnictwo: Literacki Egmont
Data wydania: 6 marzec 2013
Stron: 264
Ocena: 7/10







Królestwo to kraina prawie doskonała. Urodzajne ziemie i lud, który jest wierny Starym Zasadom. Najmłodsza z córek króla wiedzie beztroskie życie na dworze swojego ojca razem z braćmi. Aleksandra mimo wszystko jest bardziej przywiązana do swojej matki, która poświęca jej wiele uwagi ucząc ją co powinna wiedzieć Bystra. Kiedy jednak matka zostaje zabita przez okrutną bestię Aleksandra wie, że to nie był tylko przypadek, próbując uzdrowić matkę wszystkimi znanymi sposobami. Po tym wszystkim jej ojciec każdego dnia wyrusza do lasu wytropić bestię, codziennie wracając z pustą ręką. Ale pewnego razu to się zmienia… Wraca on bowiem z piękną niewiastą znalezioną w lesie. Od tego momentu wszystko nabiera tempa. Kobieta oczarowuje króla i jego poddanych,  a ten nie chcąc tracić czasu poślubia ją. Nieudolna próba odkrycia mrocznych sekretów macochy, kończy się wywiezieniem Aleksandry do Midland i wygnaniem jej braci z Królestwa. Co z tym wszystkim mają wspólnego łabędzie? Czy Aleksandra odkryje mroczne tajemnice macochy? Co za bestia zabiła mądrą i bystrą królową? Czy Aleksandra odnajdzie w sobie niezwykłą moc? Czy uczucie, które połączyło ją z Gabrielem przejedzie próbę czasu?

Piękna okładka to jest to, co pierwsze rzuca się w oczy. Jednak z tego, co zauważyłam to znak rozpoznawczy okładek serii „Poza czasem” wydawanej nakładem wydawnictwa EGMONT. Mają w sobie pewien urok i gdy tylko spojrzy się na okładkę od razu widać, że jest to książka z tego cyklu wydawniczego. „Królestwo łabędzi” jest już drugą książką Zoe Marriott wydanej właśnie w tym cyklu wydawniczym, pierwszą były „Cienie na księżycu”.

„Królestwo łabędzi” nawiązuje do pięknej baśni Hansa Christiana Andersena „Dzikie łabędzie”. Muszę przyznać, że wcześniej ich nie znałam, a żeby poznać nawiązanie do niej czym prędzej ją przeczytałam. Co mogę powiedzieć? Nie wiem, czy jest to spowodowane tym, że „Królestwo łabędzi” przeczytałam pierwsze, czy też nie, ale powieść Marriott bardziej przypadła mi do gustu. Może dlatego, że było w niej więcej magii, którą uwielbiam? Była bardziej romantyczna? Jednak nie ma co porównywać baśni do powieści. Co najważniejsze nawiązanie jest tu bardzo widocznie, czego się nie spodziewałam, a co mnie pozytywnie zaskoczyło.

Aleksandra pomimo wieku jest silną osobowością, co pokazała przystąpieniem do zadania. Nie zgadza się na wszystko, wie czego chce i do tego dąży, nie zważając na swój fizyczny ból. Miłość i przywiązanie są dla niej ważniejsze. A Gabriel? Jest dobrze wychowanym młodzieńcem, rozumiejący swoją ukochaną. Tak, z pewnością należy do tego rodzaju bohaterów, z którymi sami, a raczej same z chęcią byśmy się zapoznały i ja tutaj nie jestem wyjątkiem, bo kto by nie chciał przystojnego i troskliwego księcia?

Jeśli autorka tak ciekawie pokazała swoją wizję baśni Andersena, to jestem bardzo ciekawa „Cieni na księżycu”, która z tego, co wiem również nawiązuje to jednej ze znanych baśni. Ciekawa fabuła i sprawnie poprowadzone tempo akcji, a także łatwy w odbiorze język to z pewnością najważniejsze atuty książki brytyjskiej pisarki. „Królestwo łabędzi” polecam wszystkim poszukiwaczom powieści przesyconej magią, miłością i baśniowością, bo to wszystko zaserwowała swoim czytelnikom Zoe Marriott w swojej drugiej już pozycji. Czekam z niecierpliwością na więcej jej książek na polskim rynku wydawniczym i na to, kiedy w końcu będę mogła przeczytać jej debiut.



Ale podobnie jak zmieniają się pory roku, tak i natura człowieka ulega zmianom.” [s.36]
~~~~
„Gdyby życzenia zmieniały się w konie, żebracy byliby wspaniałymi jeźdźcami.” [s.125]
~~~~
„Wykorzystaj swój dar i wiedzę. Zaufaj sobie. Wtedy będziesz wiedziała, co powinnaś zrobić.” [s.179]
~~~~
„- Nie powinnaś mi pozwolić, abym ciągnął cię do ogrodu. Czasami zachowuję się jak idiota, ale ty zachowujesz się jeszcze gorzej, nie mówiąc mi o tym ani słowa.” [s.232]

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

"Pięć małych świnek" - Agatha Christie

Zabójstwo pozostaje zabójstwem bez względu na to, czy je popełniono wczoraj, czy przed szesnastu laty.

Nie znoszę Herkulesa Poirot. Spośród wszystkich detektywów Agathy Christie, to on irytuje mnie najbardziej. Ciągle się wywyższa, jest przekonany o swej nieomylności - po prostu nie sposób go lubić. Ale nie ma dla niego sprawy nie do rozwiązania, potrafi znaleźć mordercę nawet po wielu latach od popełnionej zbrodni - to sprawia, że książki, w których jest głównym bohaterem, warto czytać chociażby dla spektakularnego sposobu rozwiązywania piekielnie trudnych kryminalnych zagadek.

Młoda kobieta prosi Herkulesa o przeprowadzenie śledztwa dotyczącego zbrodni sprzed szesnastu lat. Jej matka została oskarżona o otrucie męża, znanego malarza, Amyasa Crale’a. Kobieta w liście zapewniła córkę o swej niewinności. Klientka Poirota pragnie dowiedzieć się, czy rzeczywiście matka nie była morderczynią - ma to pozwolić jej ułożyć sobie normalnie życie, nie zadręczając się wątpliwościami.
 
Sprawa jest pozornie nie do rozwiązania. Domniemana zabójczyni nie żyje, a pięciu osobom, które w dniu śmierci malarza przebywały w jego domu, większość szczegółów już dawno się zatarła. Poirot może polegać jedynie na swej intuicji oraz listach, w których bliscy ofiary najdokładniej, jak umieli, spisali swoje wspomnienia.
 
https://blogger.googleusercontent.com/img/b/R29vZ2xl/AVvXsEgXaw5vFd2d2a0GaPdadKjQokQ-CKRgN2EsupJotmUmjIEws7lm86zZRbsjAjCmRKtA6YV6rGZbBWVytNcR3RPy57Cmq-hRAGsJ03hk5hbDn64kYK0Xgkq2zT3BqKMYn6oAZtodEclvu-M/s1600/poirot-david-suchet.jpg
David Suchet - serialowy Poirot
„Pięć małych świnek”, podobnie jak inne powieści Agathy Christie, czyta się szybko i dość przyjemnie - ot, taka lektura na wieczór. Trzeba jednak nieźle wytężać przy niej umysł, kombinować, próbować wyprzedzić Poirota w odgadnięciu motywu i tożsamości mordercy. W połowie książki byłam pewna, że rozgryzłam, o co w całej sprawie chodzi - sądziłam, że ta powieść jest jedną ze słabszych napisanych przez Agathę. Byłam w błędzie, przyznaję się bez bicia. Autorka wystrychnęła mnie na dudka i sprawiła, że zaczęłam wątpić w swoją zdolność dedukcji. Nie zdołałam odgadnąć, kto był sprawcą, a po przeczytaniu nie doznałam nagłego olśnienia w stylu „no faktycznie!” - po prostu przez myśl mi nie przeszło, że to właśnie TA osoba zabiła malarza.
 
Wątpliwa skromność Herkulesa w tej powieści, o dziwo, nawet mi zbytnio nie przeszkadzała - znacznie ważniejsze od postaci detektywa było dla mnie prowadzone przez niego śledztwo. Po raz kolejny jestem zaskoczona jego geniuszem - Poirot rzeczywiście jest nieomylny. Nie rozumiem tylko, dlaczego wierszyk o pięciu świnkach, do których porównywał świadków, nagle, zupełnie bez powodu, przyszedł mu do głowy. Ale nic to, świnki nie miały większego znaczenia, zdania o nich były tylko tytułami poszczególnych rozdziałów.
 
„Pięć małych świnek” to dobry, zaskakujący i zupełnie nieprzewidywalny kryminał. Polecam przede wszystkim miłośnikom Królowej Kryminału, ale osoby, dla których powieść ta będzie pierwszym spotkaniem z jej twórczością, również nie powinny być zawiedzione.

sobota, 20 kwietnia 2013

Taniec czarownic - Jessica Gregson


Jessica Gregson wpadła na pomysł napisania powieści snującej się wokół wydarzeń w węgierskiej wsi Nagyrév podczas lektury encyklopedii seryjnych zabójców. Tam w latach 1914-1929 grupa kobiet zamordowała około 45-300 ludzi, głównie mężczyzn. Co do dokładnej liczby nie ma zgody. Wydaje się, że to niemożliwe, aby nikt nie zauważył nagłych zgonów takiej liczby osób przez tyle lat, ale można to wytłumaczyć tym, że była to mała, zagubiona w węgierskiej puszcie, wioska, niemal odcięta od zewnętrznego świata. Za całą sprawą stały dwie kobiety: Julia Fazekas oraz Susi Olah, które świadczyły swoje usługi jako akuszerki, ale także podobno jako czarownice. W finale tej sprawy osiem kobiet z tejże wioski zostaje powieszonych. Autorka zmienia w „Tańcu czarownic” nazwę wsi oraz imiona głównych bohaterek, a fakty miesza z fikcją literacką. Napomknę tylko, że znowu znowu dziwnie przetłumaczono tytuł, bo w oryginale brzmi on „The Angel Makers”. Zdaję sobie sprawę, że „Fabrykantki aniołów” nie brzmią zbyt dobrze i może nie oddają dobrze gry słów, ale „Taniec czarownic”?

Jessica Gregson zaczyna swoją opowieść w 1914 roku, a więc u progu pierwszej wojny światowej i zabiera nas do wioski, gdzie mieszka czternastoletnia Sari Arana, która właśnie straciła swojego ojca. Jej ojciec był kimś w rodzaju znachora i mędrca, cieszył się 
Zbrodniarki z Nagyrev przed sądem - źródło 
 wielkim poważaniem. Niestety ów szacunek nie przeszedł na córkę. Jej matka zmarła przy jej porodzie, a ona sama miała odziedziczyć zdolności po ojcu, oprószone dodatkowo magicznymi zdolnościami, co kobiecie nie przynosiło zaszczytu, wręcz przeciwnie. Sari była dziewczyną „nowoczesną” na owe czasy, nie tylko umiała czytać i pisać po węgiersku, ale dodatkowo posługiwała się dobrze niemieckim. Jej ulubioną książką była „Jane Eyre”. Sari pragnęła czegoś więcej od życia i świata, nie chciała się zamknąć w ciasnych ramach wioskowej wspólnoty, nie marzyła, aby być uwiązaną w małżeństwie. Niestety, zgodnie z ówczesnymi zwyczajami nie było pożądane to, aby po śmierci ojca mieszkała sama. Miała więc dwa wyjścia, mogła wyjść za mąż za swojego możnego kuzyna Ferenca lub zamieszkać z przyszywaną ciotką Judit, która była akuszerką i zielarką, czasami pomagającą sobie także zaklęciami. Nie czuła się gotowa do zamążpójścia, częściowo także związana była obietnicą daną ojcu, że nie wyjdzie za mąż przed ukończeniem osiemnastego roku życia. Ferenc wyruszył więc na wojnę, a ona, nieoficjalnie zaręczona, przeniosła się do ciotki Judit, gdzie mogła wzbogacić swoją wiedzę zielarki, która częściowo została jej przekazana już przez ojca, a także dodatkowo uczyć się przyjmować porody. Pomiędzy bezdzietną Judit i młodą Sari nawiązała się niezwykła relacja, przypominająca stosunki pomiędzy matką i córką, stopniowo budowana na bazie zaufania i wyjątkowej zażyłości. To właśnie te relacje były dla mnie szczególnie interesujące, jak i stosunki pomiędzy Sari i pozostałymi mieszkankami wioski.

Susi Olah (książkowa Sari) druga z prawej) - źródło 
Wojna zmieniła w wiosce wszystko, praktycznie kobiety zostały same, wyzwoliły się z mężowskich oków, zbliżyły się też do siebie. Nawet Sari, poprzednio wytykana placami i budząca strach, została zaakceptowana przez resztę kobiecego społeczeństwa. Rozluźniły się obyczaje, kobiety mogły się swobodniej ubierać i zachowywać, a totalny zwrot dokonał się, kiedy na obrzeżu wioski założono niewielki obóz dla włoskich jeńców wojennych. Można się tylko domyślać, co się wtedy zaczęło dziać. Większość z tych kobiet nie była szczęśliwa w związkach małżeńskich, do których w większości przypadków były przymuszane przez rodziców, czy nawet gwałty. To mężowie byli ich panami i władcami, często bardzo srogimi, a wojna dała im kilka lat wolności. Wojna się jednak skończyła, jeńcy musieli wrócić do własnego kraju, a mężowie do domów. Nie wszystkim to się podoba. Solidarność kobieca zadzierzgnięta w czasie wojny daje swoje zatrute owoce również w czasie pokoju...

„Taniec czarownic” czyta się dobrze, aczkolwiek nie przekonywał mnie język, którym posługiwała się Sari. Nawet jeśli była wyedukowana bardziej, niż większość jej koleżanek, to nie byłam przekonana do jej aż tak wysokiego poziomu intelektualnego. W końcu była prostą dziewczyną z wioski, może bardziej bystrą, ale nie uczęszczającą nigdy do szkoły. Książka do połowy przypomina romans, a od połowy kryminał. Mimo, iż starałam się nie wczytywać za bardzo przed lekturą o co tak dokładnie chodziło w sprawie zbrodni w Nagyrévie, to akcja jest tak poprowadzona, że można się domyślić finału. Owszem, interesująca jest to pozycja z punktu psychologii tłumu i tego, jak pojedyncze osoby, w tym wypadku nie chodzi mi tylko o Sari czy Judit, ale na przykład również o złą do szpiku kości Orsolyę, mogą wpływać na opinie i zachowania innych członków wspólnoty, jak łatwo jest przekroczyć tą cienką linię pomiędzy dobrem, a złem, jak prosto jest „przedobrzyć” i pozbyć się wszelkich etycznych limitów. Od połowy książki zwietrzyłam już jej zakończenie, więc szczerze mówiąc doczytałam ją bez większego zainteresowania całą sprawą. Nie byłam zachwycona tą pozycją. Temat świetny, ale przedstawiony w zbyt oczywisty sposób, nie dostarczył mi emocji, których się spodziewałam. Jak dla mnie to po prostu średnie czytadło na jeden wieczór.


Notka pochodzi z Myśli Czytelnika 

niedziela, 14 kwietnia 2013

Kerstin Gier- Trylogia Czasu 01- Czerwień Rubinu

Tytuł oryginału: Rubinrot
Autor: Kerstin Gier
Seria: Trylogia Czasu 01
Rok wydania: 2011
Gatunek: Fantasy
Liczba stron: 344
Wydawnictwo:  Egmont


Podróż w czasie. Czy jest możliwa? Pytanie  to wydaje się być śmiesznym, retorycznym, gdyż każdy z nas wie, jaka będzie na nie odpowiedź... Jednakże wyobraźcie sobie odwrotną sytuację, w której spotykacie się z pozytywną odpowiedzią. Ktoś mówi ci tak, zamiast nie- jak reagujesz? Patrzysz na niego jak na głupka, myślisz, że oszalał, jednak prawdą jest to, że on ma rację. Kerstin Gier wynalazła sposób- pisząc wspaniałą "Trylogie Czasu" i tym samym dając nam, możliwość podróży w czasie. Niebywałe jest to,  jak jedna, na pozór niczym nie wyróżniająca się  książka, może sprawić, że robi się takie zamieszanie... Zapewne wiecie, że trylogia ta trafiła na listy bestsellerów, jak i to, że autorka podbiła serca wielu czytelników? Przyznam się, że ja sama jestem jednym z nich, gdyż Kerstin Gier zaskoczyła mnie jak nikt inny i sprawiła, że spełniło się jedno z moich dziecinnych marzeń. A mianowicie zabrała mnie w najlepszą podróż w czasie, gdzie wszystko stawało się możliwe- jak czarny rycerz w zbroi, żywy gargulec, czy takie postawy jak odwaga i bohaterstwo,  z którymi ciężko spotkać się w naszych czasach. Gdy czytałam tę powieść, miałam wrażenie, że to ja przenoszę się w epokach, że ja ubieram się w te śliczne kolorowe stroje, że ja jadę karocą... Naprawdę było to dla mnie niesamowite przeżycie, gdyż uwielbiam historię, ubiory, język, zasady poszczególnych epok, których autorka daje nam niezły zastrzyk w swoich opisach. Ciężko napisać coś, bez przekoloryzowania tego,   gdy w grę wchodzą- historia, miłość i bohaterowie ratujący świat. Jednakże Gier  Kerstin  poradziła tu sobie znakomicie i stworzyła wiarygodnych, naturalnych, jednak mimo to nie pospolitych  bohaterów, którzy zapadają głęboko w pamięć i cieszą się sympatią większości czytelników.

Gwendolyn, główna bohaterka książki, to  zwyczajna nastolatka, która chodzi do szkoły, pisze prace domowe, ma najlepszą przyjaciółkę z którą spędza czas na przerwach, plotkuje... Typowe życie ucznia, nic nadzwyczajnego, prawda? Jednakże pozory mylą, gdyż bohaterka nie jest taka, na jaką wygląda. Wszyscy dają się złapać wyobrażeniom, temu co widzą, a nie co powinni tak naprawdę myśleć, czynić... Rodzina Gwendolyn wpada w tę pułapkę, przygotowując do podróży w czasie, nie tę dziewczynę co trzeba- jej kuzynkę Charlottę.Główna bohaterka nie ma o niczym pojęcia do czasu, gdy niespodziewanie przenosi się w czasie, a przykra prawda wychodzi na  jaw. Niezwykły gen posiada, wcale nieprzygotowana do tego  dziewczyna i co teraz? Teraz  zaczynają się komplikacje- rodzina nie może uwierzyć, że popełniła tak wielki błąd, kuzynka jest wściekła, Gideon de Villiers- główny bohater, jest arogancki i nieciekawie  zaczyna się jego znajomość z Gwendolyn... Jednakże w odpowiednim czasie wszystko ma swój punkt kulminacyjny. Nawet "Trylogia czasu", która wydaje się nie mieć końca, nareszcie ma swój happy end, czy też złe zakończenie. 

Z "Trylogii czasu" zapadły mi w pamięć, charakterystyczne słowa głównej bohaterki, które w jakiś sposób robią tę książkę jeszcze bardziej wyjątkową- przynajmniej dla mnie.  

"Gotowa, jeżeli i ty jesteś gotów"

Dlaczego sięgnęłam po tę pozycję? Chyba tylko dlatego, że okładka rzuciła mi się w oczy- zresztą wszystkie książki z twarzami znajdują się na mojej liście do przeczytania...Jednakże zachęcił mnie również sam tytuł - "Trylogia czasu", która skojarzyła mi się z czasem jakiego ludziom ciągle  brakuje, a którego zapewne nie warto poświęcać tylko pracy, czy zamartwieniem się na zapas, lecz czerpać z niego jak najwięcej, gdyż w każdej chwili może się on dla nas skończyć. Dlatego nie pozwólcie, by życie przeleciało wam, jak piasek przez palce...


"Czerwień rubinu" to pierwszy tom "Trylogii czasu" Kerstin Gier, który sprawił, że siedziałam jak na szpilkach oczekując dalszego ciągu wydarzeń. Bohaterowie w stu procentach zdobyli moją sympatie i nie ukrywam nawet, że moje serce zabiło mocniej, gdy w grę zaczęły wchodzić uczucia i miłość. Jednakże nie było to love story, jakie znamy ze "Zmierzchu". Nie było tu tej sztucznej sielanki, która tak bardzo razi w oczy w znanej nam wszystkim sadze Stephenie Meyer, tylko prawdziwe uczucia, gdzie jest czas na miłość, strach, jak i na nadmiar emocji. Akcja pierwszego tomu daje nam niezłego kopa, przez co nie można się nudzić czytając"Czerwień rubinu". Prawdą jest również to, że niemiecka autorka zagarnęła sobie kolejne serce do swojej kolekcji. Dlatego ostrzegam was, spodziewajcie się po tej pozycji czegoś więcej, niż  słowo- "zwykła". Naprawdę jestem pewna, że porwie i was. Jednak, czy autorka skradnie i wasze serca? Przekonajcie się sami...

"Trylogia czasu" Kerstin Gier, składa się z:

 
 
Ekranizacja "Czerwieni rubinu", Kerstin Gier:

Wiedzieliście, że będzie ekranizacja pierwszego tomu Kerstin Gier? Ja sama wiem od niedawna, jednak zapewne wybieram się na premierę... Przyznam szczerze nie jestem fanem filmów niemieckich, ale "Czerwieni rubinu" za nic w świecie, nie mogę przegapić! Bardzo jestem ciekawa, czy ekranizacja podbije serca widzów i czy spotka się z tyloma pozytywnymi ocenami, co sama książka. A wy skusicie się na tę podróż w czasie?

A oto i zwiastun:



Ogólna ocena: 9/10