Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hiszpania. Pokaż wszystkie posty

sobota, 22 czerwca 2013

Mea culpa. Confiteor.

Każda wycieczka do księgarni kończy się dla mojego portfela tragicznie. Ilość książek, które chcę kupić zazwyczaj znacznie przewyższa moje możliwości finansowe i, niestety, zaczyna się wyliczanie, odliczanie, słowem, robienie wszystkiego by wybrać tę jedną jedyną publikację, na którą mogę sobie pozwolić. Czasami jednak zdarzają się książki, które zobaczymy na półce i wiemy, że bez względu na wszystko musimy je mieć. Znacie to, prawda? Ja ostatnio doświadczyłam tego gdy pierwszy raz natknęłam się na,,Wyznaję" Jaume Cabré.

Okładka jest iście magiczna i z pewnością przemawia do każdego mola książkowego. Chłopiec, którego aparycja sugeruje koniec XVIII, a początek XX wieku stojąc przed ścianą książek próbuje dosięgnąć jedną z nich. Dodatkowym atutem wydania jest doskonały papier, dzięki któremu prawie ośmiuset stronicowa książka waży naprawdę niewiele.

Po tym dość nietypowym bo mało literackim wprowadzeniu czas na streszczenie fabuły. Głównym bohaterem tej wielowątkowej powieści jest Adrian Ardèvol, którego poznajemy gdy jest kilkuletnim chłopcem, który pochłania książki, których większość ludzi nigdy nie zrozumie, kolejnych języków obcych uczy się z taką łatwością jak tabliczki mnożenia, a gra na skrzypcach przynajmniej początkowo przychodzi mu bez żadnego wysiłku. Ojcem chłopca jest Felix Ardèvol, nie grzeszący uczciwością kolekcjoner antyków i rękopisów, a matką Carme Ardèvol, wydawałoby się, że uległa kobieta będąca pod wpływem swojego męża. W domu tej niezwykłej rodziny jest wszystko oprócz miłości. Najważniejszym ,,domownikiem" bez wątpienia są XVIII-wieczne skrzypce wokół których krążą wszystkie wątki zamieszczone w książce (a wierzcie mi, że jest ich naprawdę sporo).

Niezwykłym atutem tej książki jest jej szczegółowość i struktura, która pozwala nam cofnąć się w czasie o ponad 600 lat. W jakim celu? Nie bez powodu ,,Wyznaję" nazywane jest powieścią-katedrą, której osią historii jest tematyka zła. W tym celu czytelnik zagłębia się w dzieje hiszpańskiej inkwizycji oraz II wojny światowej. Żadna kwestia związana z tymi wydarzeniami nie została w żaden sposób pominięta. We fragmentach mówiących o najstraszniejszej z wojen Cabré poruszył zarówno sprawę tragedii Żydów w latach 40. XX wieku, rozmyślań tych, którzy przeżyli, nazistów, którzy żałowali swoich czynów jak i tych, którzy pozostali śmieciami do końca...

Zdecydowanie ,,Wyznaję" nie jest książką na jedno popołudnie przy włączonym telewizorze ( i to nie tylko ze względu na jej objętość). Życzeniem autora było aby nie tłumaczyć obcojęzycznych cytatów zawartych w książce i o ile fragmenty napisane w języku francuskim nie stanowiły dla mnie wyzwania o tyle większość wyrażeń łacińskich zmusiło mnie do zajrzenia do słownika. Dodatkowo cechą charakterystyczną tej powieści jest wydawałoby się dość ułomna interpunkcja, urywane zdania, brać przecinków, wielokropków. Jednak jak podaje tłumacz Anna Sawicka jest to świadomy zabieg pisarza.

Jaume Cabré to znany i ceniony pisarz tworzący w języku katalońskim. Z jego bogatej bibliografii na język polski przetłumaczone zostało tylko ,,Wyznaję". Gwarantuję jednak, że nie jest to eksperyment a naprawdę warta uwagi powieść. Zacytuję jeden z komentarzy do niej, z którym zgadzam się w 100%:

,,Książka, która przeżyje nas wszystkich."

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca (http://strofki.blogspot.com/)

wtorek, 26 marca 2013

"Więzień nieba" - Carlos Ruiz Zafon


(...) ale wiem, że mój Fermin zwiedził kawał świata, przeżył niejedną przygodę. On mi nigdy nie opowiadał o tym, co robił, zanim mnie poznał, ale ja wiem, że miał inne kobiety i tułał się po świecie. Och, jakże zaniepokojona Bernarda, narzeczona Fermina Romero de Torres, myliła się co do swojego tajemniczego kochanka. Mimo, że w Więźniu nieba Zafon w końcu odsłania przeszłość pilnie strzeżącego swoich prywatnych spraw Fermina, jej nadal nie jest dane dowiedzieć się o nim prawdy.  


Ja także się myliłam, jednak nie w stosunku do Fermina, do którego pałałam zaufaniem i sympatią, od kiedy wkroczył na karty wdzięcznych, niepokojących i uwodzicielskich historii Zafona. Pomyliłam się jednak myśląc, że biorąc do ręki Więźnia nieba, otrzymam znów powieść o znamionach gotyckości, okraszoną poetyckim językiem, którą można się rozkoszować i dzięki niej karmić swoją wyobraźnię niezwykle nakreślonymi obrazami Barcelony, nędzy i przybytku, historiami skonstruowanymi z wielkim pietyzmem i dbałością o poruszające uczucia. Zafon zostawił w szufladzie wyrafinowane i stylowe pióro, częstując twardym realizmem i swobodnym językiem, który kreuje opowieść sensacyjną, umiejscowioną w pierwszych latach II wojny światowej, m.in. w obrzydliwym i obskurnym więzieniu.

Rok 1957. Daniel Sempere wiedzie szczęśliwy, aczkolwiek biedny żywot ze swoją żoną Beą, synem Julianem, starym Sempere i nieodłącznym przyjacielem Ferminem. Księgarnia rodziny Sempere nie przynosi dużych zysków, jednak pewnego dnia gości odrażającego i niezwykłego klienta - kulawego starca bez jednej ręki, który kupuje najpiękniesze i najdroższe wydanie Hrabiego Monte Christo. Zostawia książkę na miejscu do doręczenia wskazanemu adresatowi i wychodzi. Daniel z wielkim zaskoczeniem odkrywa na stronie dedykację: 

Dla Fermina Romero de Torres, który powrócił spośród umarłych i jest w posiadaniu klucza do przyszłości. 
13

Czytelnicy Cienia wiatru pamiętają z pewnością nieoczekiwane pojawienie się w życiu młodego Daniela żebraka Fermina. Tajemniczy mężczyzna, z dużym poczuciem rubasznego humoru i darem do poetyckiego, ale także popisowego wysławiania się, celnie ripostujący, zdawałoby się - beztroski, jednak nie. Owiany enigmatyczną przeszłością, o której zawzięcie milczy, nawet jeśli pojawia się nad nim groźny cień Inspektora Fumero. Z wypiekami na twarzy sięgnęłam po Więźnia wiatru, aby w końcu zaspokoić moją ciekawość i poznać historię, jaka kryje się za tym szelmowskim uśmiechem kobieciarza i mężczyzny, który wzbrania się o mówieniu o sobie, a jednocześnie odpiera nawet najgorsze zarzuty. 

Pojawienie się starca przypiera Fermina do ściany, który chcąc nie chcąc, dzieli się z Danielem swoją historią. Jak się okaże, związaną z rodziną Sempere i zagadkowymi bohaterami, których fani Zafona znają już z poprzednich powieści. Przeszłość Fermina zapuka stanowczo do drzwi Daniela i pozostawi po sobie raniące drzazgi, których Daniel nie będzie mógł sam się pozbyć. Dlatego to także opowieść o zaufaniu, przyjaźni i nieco nadwątlonej miłości, którą można uratować wspólnymi siłami. 

Koleje losu Fermina w latach 40. są dramatyczne, niepozbawione ironicznego spojrzenia, śladów  zwycięstw i porażek, odarcia człowieka z godności, traktowanego nie raz jak szczura, jednak czegoś mi zabrakło. Tym "czymś" była cudowna, porywająca proza, którą Zafon objawił się w Cieniu wiatru i Grze Anioła, która z pewnością poradziłaby sobie z obrazami brutalności, śmierci, nędzy, egocentrycznych drani, pogardy dla człowieka  i braku skrupułów. Gdyby Zafon ponownie użył swojego wypracowanego stylu, nie oskarżałabym pisarza o schematyczność - mogłabym się przenieść z ogromną satysfakcją i niesłabnącym podnieceniem do kolejnej historii, splatającej się zawzięcie z poprzednimi. A tak pióro stało się niewyróżniające i przeciętne, a Cmentarz Zapomnianych Ksiażek wydawał mi się umieszczony w fabule na siłę, marginalnie, nie pasując idealnie do żadnego wątku. Przecież Więzień nieba to już nie ten sam nostalgiczny, literacki świat. 

"Interesująca" to słabe słowo dla powieści Zafona, mizerne w porównaniu do zachwytów, jakimi darzyłam poprzednie powieści, jednakże zupełnie poprawne. I niestety wystarczające, ponieważ Zafon nie podał nam w niej nawet zamkniętego rozwiązania, jak czynił to w poprzednich powieściach, zostawiając sobie tylko boczną, nawet niewidoczną, uchyloną furtkę do kolejnej opowieści. Tutaj otworzył całe wrota, a mi nie było dane przez nie przejść z niedosytem, bo ta historia się nie skończyła. Ona się dopiero rozpocznie i mam nadzieję, że Zafon powróci w starej, sprawdzonej formie, aby mnie oczarować. Być może zaszufladkowałam tego pisarza, ale w jak najlepszych intencjach. 

piątek, 22 marca 2013

Muzeum marzeń niemożliwych


Nie oceniaj książki po okładce. Niby wszyscy znają to powiedzenie, ja również je znam i do niedawna wydawało mi się, że nawet je rozumiem. Niestety, przy pierwsze nadarzającej się okazji okazało się, że jest dokładnie inaczej. Po ,,Przedostatnie marzenie" Angeli Beccery nigdy bym sama z siebie nie sięgnęła. Po pierwsze dlatego, że tytuł wydał mi dość kiczowaty i po drugie dlatego, że okładka przypominała mi tandetne Harlequiny, za którymi zdecydowanie nie przepadam. Koniec końców książkę dostałam w prezencie od znajomej i siłą rzeczy musiałam ją przeczytać. Nie żałuję.

Pewnego dnia katalońska policja znajduje w jednym z mieszkań ubrane w ślubne stroje, zastygłe w wiecznym uścisku zwłoki dwójki staruszków, Juana i Soledad. Dlaczego nikt nic nie wiedział o miłości tej pary? Dlaczego, i czy w ogóle zakochani popełnili samobójstwo? Ich historia sięga roku 1936...
Tę niezwykłą zagadkę próbują rozwiązać dzieci denatów, egoistyczny i skupiony tylko na pieniądzach Andreu i wrażliwa nauczycielka gry na fortepianie Aurora. W miarę czytania równolegle obserwujemy ich śledztwo jak i cofamy się w czasie, by poznać Juana i Soledad oraz ich historię. W międzyczasie podróżujemy od Barcelony, przez Cannes aż po Kolumbię poznając niezwykłą atmosferę tych miejsc w ciężkich czasach dyktatury generała Franco oraz II wojny światowej.

Cechą charakterystyczną stylu Beccery są liczne, doskonale wpasowane w tekst metafory. Chwilami przypomina to styl Paolo Coehlo, z tym, że Beccera nie pisze tak drażniąco. Sugerując się tym, że prawdziwa literatura obroni się sama chciałabym zamieścić tutaj kilka cytatów pochodzących z ,,Przedostatniego marzenia:

,,Teraz już wiem, że świat dzieli się na tych, którzy mają, i tych, którzy umierają z pragnienia, żeby mieć"

,,Nie było żywej duszy wśród tylu dusz śpiących"
Angela Beccera

,,Zmarszczki istnieją tylko w umyśle młodych, bo oni się ich boją. A wiesz dlaczego? Bo ich nie rozumieją"

,,Miłość bez pocałunków jest jak czekolada bez sera... A miłość bez rozsądku to jak jajko bez soli"

,,Ona pierze bieliznę zabrudzoną przez bogaczy, a ja kręcę się tu, po wnętrznościach tego hotelu, karmiąc ludzi, którzy nie wiedzą, co to jest głód."

Nie wszystkim pasuje taki styl pisania, stąd te cytaty -  gwoli ostrzeżenia. Wciągająca historia, ciekawe i niebanalne postacie, klimat dawnych lat. To wszystko znajdziecie w ,,Przedostatnim marzeniu". Ja ze swojej strony powtórzę, że byłam bardzo uprzedzona do tej książki, a po jej lekturze poczułam się mile zaskoczona. Polecam.

To wszystko na dziś, dziękuję za przeczytanie i pozdrawiam,
Franca


Wpis pochodzi z blogu A może byśmy coś przeczytali...

sobota, 5 stycznia 2013

C. R. Zafón "Światła września"


Zafón to pisarz niezwykły, którego nazwisko chyba każdemu obiło się o uszy. Znany jest ze swoich bajecznie poetyckich książek i nieograniczonej wyobraźni. Jego książki dosłownie się pochłania. Ja zaczęłam swoją przygodę z tym pisarzem od „Księcia mgły” i od tamtej chwili plasuje się on na szczycie listy moich ulubieńców. Intrygą sprzed lat, fantasmagorycznymi krajobrazami, magią wiszącą w powietrzu i niezwykłą atmosferą urzekł mnie od samego początku. Kiedy dorwałam się do "Mariny" i zanurzyłam się w Barcelonie lat 80. myślałam, że lepiej być nie może. Jak zwykle się myliłam! Z każdą kolejną książką miałam coraz większy dylemat co do tego, która rzeczywiście jest najlepsza. "Światła września" zaś przyniosły mi spore rozczarowanie, bo wcale nie rozwiązały tego problemu…

Jaką historią zaskakuje nas Zafón tym razem? Mamy uroczą rodzinkę: mama, tata  i dwie pociechy - młodszy Dorian i starsza Irene. Sielanka, czyż nie?
Nie.
Kiedy umiera ojciec, rodzina pozostaje praktycznie bez środków do życia, po uszy tkwiąc w długach. Przypadek, a raczej dobry przyjaciel, sprawia, że Simone, czyli matka dwójki półsierot, dostaje pracę u starego, ekscentrycznego wynalazcy i fabrykanta zabawek - Lazarusa Janna - jako zarządca jego rezydencji w sercu mrocznego lasu Cravenmoore na pięknym francuskim wybrzeżu, gdzie mieszka wraz ze swoją cierpiącą na dziwną dolegliwość żoną Alexandrą. I wszystko byłoby dobrze, życie ułożyłoby się pięknie tym biednym, pokrzywdzonym przez los ludziom, gdyby nie pisał tego Zafón. Oto bowiem zostaje zamordowana młoda służąca z Cravenmoore - Hannah, z którą Irene zdążyła się już zaprzyjaźnić i której śmierć jest dla wszystkim okropnym ciosem.
Kto rozwiąże sprawę jej bestialskiego mordu? Oczywiście Irene. A książka nie byłaby iście zafónowska, gdyby nie towarzyszyłby jej kuzyn zmarłej dziewczyny - Ismael, szaleńczo zakochany w naszej drogiej Irene.

Brzmi banalnie? Sztampowo? Kiczowato? Zapewne. Myślisz sobie - historia jakich wiele. Pewnie wszystko szczęśliwie się skończy, przy happy endzie każą mi płakać ze wzruszenia, a po drodze 3 razy upewnię się, że zakończenie jakie wywróżyłem/am biorąc książkę do ręki jest jak najbardziej prawdziwe.
I to jest właśnie typowy błąd. Bo w książkach Zafóna nie chodzi o zakończenie i fabułę, która, tak nawiasem mówiąc, wcale nie jest tak prosta jak wydaje się na pierwszy rzut oka i nie raz może zaskoczyć czytelnika, lecz o emocje i obrazy, bo to jest właśnie to, w czym Zafón jest mistrzem. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jego powieści się nie czyta i nie wyobraża - je się widzi. Jak to możliwe? Nie mam pojęcia. To po prostu mistrz malowania słowem, które wdziera się w duszę i tam już zostaje. Raz zaczniesz, nigdy nie przestaniesz.

Co jeszcze? Zapewne bohaterowie. Nie chodzi o same postaci, które w gruncie rzeczy są naszkicowane prosto, nie są skomplikowane i nie mają specjalnej głębi, zapewne ze względu na fakt, że to książka przede wszystkim dla dzieci i młodzieży, bo wystarczy przekartkować choćby "Grę anioła" adresowaną raczej do dorosłych i wrażenia będą zupełnie inne. Nie, tu chodzi o ich udział w historii - fabuła nie obraca się tylko wokół Irene, Ismaela i Lazarusa, ewentualnie jego żony. Byłam szczerze zaskoczona tym, jak wiele miejsca autor poświęcił Dorianowi, Simone, a nawet Hannah. Podoba mi się podejście do postaci drugoplanowych - zdecydowanie nie lekceważące, nadające ciekawy kierunek intrydze, oryginalne.

Jak by tu podsumować "Światła..."? Może po prostu - pozycja ciekawa. To taki typowy Zafón, idealny dla młodszych wielbicieli, chociaż  pewnością chętnie do niego powrócę, zgodnie z życzeniem pana Pisarza, nawet jako dorosła albo staruszka.
Niewymagająca, przyjemna lektura, warta uwagi i polecenia. Miejscami zaskakująca. W każdym słowie ujawniająca kunszt pióra. Wciągająca i czarująca. Piękna.

poniedziałek, 3 grudnia 2012

"Dziwny lokator" reż. Guillem Morales

filmweb.pl
Uwielbiam hiszpańskie kino, mogłabym wymieniać ukochane filmy z tego kraju, zaczynając od obrazów filmowych o tematyce kobiecej Pedra Almodovara, poprzez dramaty, a skończywszy na thrillerach psychologicznych i horrorach. W weekend uraczyłam się Dziwnym lokatorem i na całe szczęście nie mieszkam w dużej posiadłości - taki strachliwy człowieczek jak ja miałby zagwarantowane poczucie niebezpieczeństwa.

Do drzwi późną porą puka nieznajomy, który prosi w pilnej potrzebie o udostępnienie telefonu. Wpuszczasz go, zostawiasz na chwilę samego...a on znika. Nie wiesz, czy wyszedł. Nie wiesz, czy może ukrył się w twoim ogromnym domu i cię zaatakuje. Mieszkasz sam. Męczą cię dziwne odgłosy, jednak nawet z pomocą pary policjantów nie możesz go znaleźć, ba, zostajesz uznany za nadwrażliwego człowieka. Nagle dostrzegasz, ile twój dom mieści zakamarków. Starasz się nie popaść w obłęd, jednak nie wiesz, czy to rzeczywistość, czy twoja wyobraźnia płata ci figle. Powoli zaczynasz czuć się jak intruz u siebie i wciągasz inne osoby w rozgrywkę, a sytuacja ni stąd ni zowąd odwraca się o 180 stopni. W takiej sytuacji znalazł się Felix - architekt mieszkający w ogromnym domu, samotny i rozstrojony nerwowo po rozstaniu z drugą połówką.

Dziwny lokator to pierwszy długometrażowy film hiszpańskiego reżysera Guillema Moralesa, w moim odczuciu o wiele lepszy i klimatyczny niż późniejszy pt. Oczy Julii. Dziwny lokator to znakomite kino psychologiczne z dreszczykiem emocji, utrzymane w aurze tajemniczości do prawie końcowych scen. Wszystkie sceny są ze sobą perfekcyjnie splecione i nie znajdziemy w tym filmie niedociągnięć czy też drobnych nielogiczności w fabule, mimo faktu, że irracjonalne, spowodowane słabą psychiką zachowanie bohatera może wydawać się momentami mało logiczne. Napięcia dodaje fakt, że widzowi nie zostaje przedstawiona twarz obcego mężczyzny, jest on jedną wielką niewiadomą i to pobudza ciekawość - nie dawałam wiary jego istnieniu i stawiałam w wątpliwość zdrowie psychiczne Felixa. Zastanawiałam się, czy intruz mógłby być jego chorym wyobrażeniem bądź drugą osobowością. Owe refleksje nie nastąpiły od razu - początek filmu nie zachęca, wydaje się nudny i nieprzemyślany, widz zdaje się mieć przeczucie, dokąd wszystko zmierza i nic do nie zaskoczy, lecz nic bardziej mylnego. Z minuty na minutę wczuwałam się coraz bardziej w postać Felixa, aż w pewnym momencie sytuacja odwróciła się o 180 stopni, jak już wspominałam i wywróciła do góry nogami moje wyobrażenia. Wątpiłam w uczciwość jego byłej żony i byłam skłonna uwierzyć, że niechciany współlokator z przypadku wciąż gdzieś się ukrywa...Świetna manipulacja widzem to już połowa sukcesu;)

Samotność Felixa jest spotęgowana przez pustkę wielkiego domu, chłodny minimalizm, kłótliwy charakter, nerwowe sprzeczki z kobietą i obsesję na punkcie wolnej przestrzeni. Felix wpadł w sidła niebezpieczeństwa i zjadającego strachu z własnej winy, jednak sam nie może się z pętli niepokoju wydostać, a do kogo może zwrócić się o pomoc? Dom, który miał być jego ostoją spokoju i natchnienia do pracy, wolną i swobodną przestrzenią, w której mógł się przemieszczać niezauważany przez żonę, gdy tego chciał, zaprojektowany zgodnie z marzeniami, stał się samotnią i miejscem potencjalnego zagrożenia, gdzie nie chciał przebywać i funkcjonował jako udręka. W postać Felixa wcielił się Antoni Gracia - mistrzowsko operował mimiką i grą aktorską, na jego twarzy były z przejęciem odmalowane wszystkie uczucia, smutku i grozy, radości i skupienia. Jestem zdziwiona, że posiada tak niewielką filmografię, zdobył moje uznanie w Dziwnym lokatorze i chciałabym go jeszcze kiedyś zobaczyć na dużym ekranie. Film jest scentrowany na przeżycia głównego bohatera, co mi się bardzo podobało - nie ma w nim niepotrzebnych pobocznych wątków i nie dłuży się absolutnie podczas oglądania. Fabuła wydaje się celowo przemilczana w pewnych fragmentach, lecz pod koniec filmu wszystkie elementy układanki idealnie do siebie pasują.

Film polecam oglądać wieczorem, w ciszy, w ciemności, aby spotęgować wrażenia i ukryć się w zakamarku posiadłości, przeznaczonym dla widza. Przeznaczony dla osób nie wymagających wartkiej fabuły, lecz lubiących jej momentalne wywrócenie na drugą, nieodkrytą stronę i powolne, pobudzające intelektualnie odkrywanie odpowiedzi na najważniejsze pytanie - kim jest dziwny lokator?

wtorek, 27 listopada 2012

Srebrzynku, ty widzisz nas, prawda?

Juan Ramón Jiménez
źr. artgerust.com
Zawodność ludzkiej pamięci zmusza nas do podejmowania prób zatrzymania minionych chwil na różne sposoby. Powstają pamiętniki, kręcone z ręki filmy, kolaże kolorowych fotografii. Noblista Juan Ramón Jiménez wspomnienia uchwycił w swych poetyckich miniaturach "Srebrzynek i ja: Elegia andaluzyjska".

"Srebrzynek jest nieduży, kosmaty i miękki; tak pulchniutki na zewnątrz, że zdaje się cały z waty, jak gdyby nie miał kości. Tylko błyszczące dżety jego oczu mają twardość chrabąszczy z czarnego kryształu."[1] - tak Juan opisuje swojego przyjaciela, osiołka o sierści przywołującej na myśl księżycowe srebro. Razem podróżują po andaluzyjskim miasteczku Moguer, niegdyś konkwistadorskiej siedzibie. I to właśnie zapis tych wypraw jest tematem książki. Jiménez zachwyca się ulotnością chwil. W swych poetyckich monologach, skierowanych do sympatycznego osiołka, opisuje otaczający go świat. Z ich zapisów powstała swego rodzaju kronika życia mieszkańców Moguer.

Język, choć dziś już nieco przestarzały, jest piękny, plastyczny, nasycony nostalgią. W tej niewielkiej książeczce przeplatają się smutek i radość. Jiménez jest bystrym obserwatorem. Dzieli się nie tylko tym co piękne, wywołujące na twarzy rozmarzenie i uśmiech, ale także zwraca uwagę na dramaty dorosłych, dzieci oraz zwierząt. Autor nie krzyczy, nie dramatyzuje. Przewracając kolejne strony, miałam wrażenie, że szeptem opowiada swe historie, szeptem nasyconym czułością, miłością, dobrocią. Ze współczuciem opowiada o nieszczęściach, z rozmarzeniem o pięknie. Jego słowa mają w sobie magię.

"Ja postępuję z osiołkiem, jak gdyby to było dziecko. Jeżeli droga staje się wyboista i męczy go trochę, schodzę, żeby mu ulżyć. Całuję go, oszukuję, droczę się z nim... On rozumie dobrze, że go kocham, i nie ma do mnie urazy. Jest tak podobny do mnie, tak odmienny od innych... aż uwierzyłem w końcu, że śni moje własne sny."[2] Ten fragment zatytułowany "Przyjaźń" chwycił mnie za serce.

Napisać tak, by czytelnik miał przed oczami żółte łąki irysów, pola pokryte dywanem suchych liści, ulice miasteczka, sosnowy las, napisać tak, by czytający poczuł zapach róż i ciepło grudniowego ogniska, napisać tak, by słowa zmieniły się w obrazy, zapachy, dźwięki, oto prawdziwa sztuka. Ileż ciepła i wrażliwości trzeba mieć w sobie, żeby w tak pięknych, nasyconych uczuciami słowach nakreślić widziany świat... A gdy już dotrze się do ostatniej strony, aż łza się w oku kręci, że to już koniec, że nic nie trwa wiecznie.

Ale... "Srebrzynku, ty widzisz nas, prawda?"[3]


"Srebrzynek i ja" zawiera sto szesnaście poematów. Nie jest to zbiór kompletny. W Posłowiu Janusz Strasburger wyjaśnia, że niektóre poetyckie miniatury okazały się zbyt trudne do przełożenia na język zrozumiały dla polskiego czytelnika, gdyż zawierały zwroty, których bez szkody dla poetyckości języka, przetłumaczyć się nie udało. Inne tłumacz uznał za mało atrakcyjne pod względem artystycznym lub nadmiernie nasycone brutalnym naturalizmem. Zbiór impresji powstał po powrocie Noblisty ze szpitala psychiatrycznego, dokąd pisarz i poeta trafił po załamaniu nerwowym wywołanym śmiercią ojca. Przyjazd w znane Jiménezowi z dzieciństwa rejony, miał mu pomóc odzyskać utracony spokój.

---
[1]Juan Ramón Jiménez, "Srebrzynek i ja", przeł. Janusz Strasburger, wyd. Instytut Wydawniczy Pax, 1979, s. 7.
[2]Tamże, s. 47
[3]Tamże, s. 145.

wtorek, 30 października 2012

"Gra Anioła" - Carlos Ruiz Zafón

Gra Anioła
Podstawowe informacje:
Autor: Carlos Ruiz Zafón
Tytuł oryginału: El Juego del Angel
Wydawnictwo: MUZA
Data wydania: listopad 2008
Liczba stron: 608

Moja opinia:
Z oryginalnym stylem pisania autora było mi już dane się zapoznać podczas czytania Cienia Wiatru, innej świetnej powieści tegoż autora, która oczarowała mnie już od pierwszych stron. Czy i ta historia warta jest przeczytania?

„Natchnienie przychodzi, kiedy człowiek przyklei łokcie do biurka, tyłek do krzesła i zacznie się pocić. Wybierz jakiś temat, jakąś ideę i zacznij wyżymać mózg, aż Cię rozboli. Na tym polega natchnienie.” 

W mrocznej, niebezpiecznej i niespokojnej Barcelonie lat dwudziestych, młody pisarz, żyjący obsesyjną i niemożliwą miłością, otrzymuje od tajemniczego wydawcy ofertę napisania książki, jakiej jeszcze nie było, w zamian za fortunę i, być może coś więcej... Z niezwykłą precyzją powieściopisarską i w charakterystycznym dlań, oszałamiającym stylu, autor "Cienia wiatru" ponownie przenosi nas do Barcelony Cmentarzyska Zapomnianych Książek, by obdarować nas niezwykłą intrygą, romansem i tragedią poprzez labirynt tajemnic, gdzie czar książek, namiętności i przyjaźni splatają się w mistrzowskiej opowieści.

„Milczenie jest potrzebne tylko wtedy, kiedy nie ma się nic ważnego do powiedzenia. Milczenie sprawia, że nawet głupcy przez chwilę stają się mędrcami.” 

To moje drugie spotkanie z Cmentarzyskiem Zaginionych Książek i już na wstępie muszę zaznaczyć, że wcale nie mniej udane niż poprzednie. Tym razem głównym bohaterem powieści jest David Martin, młody autor pracujący w podrzędnej gazecie La Voz de la Industria. Nie posiada zbyt wielu przyjaciół, oprócz swego gazetowego współpracownika don Pedra Vidala oraz właściciela małej księgarni Sempere i synowie. Jest szaleńczo zakochany w córce pracownika swego bogatego przyjaciela. Gdy w czasopiśmie zaczyna ukazywać się nowela jego autorstwa, młodzieniec nagle awansuje, czym zyskuje sobie wrogość i nieprzychylne spojrzenia reszty współpracowników. Wkrótce traci dotychczasową pracę i zaczyna pisać swą pierwszą książkę, okrzykniętą jednym z najgorszych debiutów. Zdruzgotany podpisuje pięcioletnią umowę z małym wydawnictwem, na mocy której ma on zacząć pisać cykl powieści wzorowanych na swych dawnych dziełach, lecz nie pod własnym nazwiskiem. Ku jego zdziwieniu wkrótce zgłasza się do niego tajemniczy, mroczny jegomość - Andreas Corelli - który proponuje mu ofertę nie do odrzucenia - ma rok na napisanie powieści religijnej, a w zamian otrzyma on sto tysięcy franków. Po stwierdzeniu u młodzieńca nowotworu nie widzi on przed sobą przyszłości, więc zgadza się. Nie zdaje sobie jednak sprawy, że od chwili podpisania porozumienia sprawy zaczną się coraz bardziej komplikować, prowadząc do nieuniknionej katastrofy....

„Nie mogę jeszcze umrzeć, doktorze. Jeszcze nie teraz. Mam coś do zrobienia. Później będę miał całe życie na to, żeby umierać.”

Tym razem autor serwuje nam jeszcze bardziej skomplikowaną sieć intryg, historię, w której kłamstwo, cierpienie i tajemnice są na porządku dziennym. Fabuła jak zwykle zachwyca swą przemyślaną strukturą i nieprzewidywalnością. Czasem głowiłam się nad tym, skąd autor bierze tak oryginalne i niezwykłe pomysły na nowy wątek. Nie można też nie zauważyć, że akcja powieści ani trochę mnie nie nużyła, cały czas działo się coś ciekawego, co nie pozwoliło mi się nudzić podczas czytania nawet przez chwilę. Bohaterowie zachwycają swą szczegółowością. Nie dopatrzyłam się dwóch identycznych, nudnych i nijakich postaci, gdyż takowych po prostu nie ma - szeroka gamma charakterów sprawia, że każdy z pewnością znajdzie swojego ulubieńca. Ja z przyjemnością przyglądałam się losom Isabelli, zadziornej i buntowniczej dziewczyny, która za wszelką cenę postanawia zostać asystentką Davida, chcąc w przyszłości móc pisać tak wspaniałe książki jak jej idol. Jej z początku trudna do zrozumienia postawa zaintrygowała mnie i sprawiła, że od razu stała się moją ulubienicą.

„Poezję pisze się łzami, powieść krwią, a historię rozczarowaniem.”

Mam wrażenie, że gdyby autor postanowił napisać książkę o jedzeniu obiadu w tym samym stylu, jakim napisał Grę Anioła, to historia ta stałaby się prawdziwym arcydziełem. Książki Zafóna zawierają w sobie coś magicznego i intrygującego, opisy i dialogi są przemyślane, niemniej jednak zwroty wydarzeń zaskakują na każdym kroku. Pisarz sprawia, że nie mogłam biernie śledzić losów bohaterów - zawiłość całej historii i mnogość intryg sprawiała, że cały czas snułam domysły i przypuszczenia, które ku mojemu zdziwieniu prawie nigdy się nie spełniały, co dowodzi tylko wyniosłości prozy autora. Powieść została napisana lekkim językiem, jednak w taki sposób, że nie da się nie myśleć o tym, o czym się czyta.

„A wie pan co jest najlepszego w złamanym sercu? (...) Tak naprawdę można je złamać tylko raz. Reszta to ledwie zadrapania.”

Już wcześniej uważałam Zafóna za wielkiego pisarza, a po przeczytaniu Gry Anioła jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że jest to niezwykły autor, który potrafi zaczarować czytelnika już od pierwszych stron. Od razu wciągnęłam się w całą historię, dreszczyk emocji towarzyszył mi przez całą lekturę. Nagłe, niewyjaśnione morderstwa są tutaj na porządku dziennym, niemniej nie umniejsza to wcale wartości merytorycznej pozycji. Zafón skutecznie połączył w jedno ciemną, mroczną stronę powieści, z jej magiczną, zachwycającą częścią. Grę Anioła mogę polecić każdemu czytelnikowi - nie tylko fanowi Zafóna, bo naprawdę jest warto.

Moja ocena:
10/10

niedziela, 21 października 2012

'Smak hiszpańskich pomarańczy" Kim Lawrence, Kathryn Ross, Chantelle Shaw


Smak hiszpańskich pomarańczy

Podstawowe informacje:
Autorki: Kim Lawrence, Kathryn Ross, Chantelle Shaw
Tytuł oryginału: Taste of space oranges
Seria: Opowieści z pasją
Wydawnictwo: Mira
Data wydania: sierpień 2012
Liczba stron: 400

Moja opinia:
Lapas, chłodna sangria, hiszpańskie pomarańcze. Spróbuj, jak smakują w Barcelonie, Madrycie czy w Andaluzji... I ja postanowiłam zabrać się za ostatnio bardzo popularną książkę - Smak hiszpańskich pomarańczy. Z reguły nie przepadam za opowiadaniami (w tym przypadku w pozycji zawarte są trzy), ale tym razem postanowiłam zaryzykować. Czy przekonałam się jednak do tej formy?

Wiele osób postanowiło zabrać się za tę pozycję, nie do końca widząc czego się spodziewać i ja po nią sięgnęłam. Nie łudziłam się, że ta powieść mnie zachwyci, chciałam tylko odstresować się i oderwać podczas czytania - w tym wypadku nie zawiodłam się. Powiedzmy sobie szczerze: nie jest to literatura najwyższych lotów, lecz nie oznacza to, że jest kiepska i nudna.Wszystkie trzy historie przestawione przez autorki bardzo mnie zaciekawiły. Napisane są lekkim, przystępnym językiem, bez zbędnych ozdobników, lecz nie w sztywny sposób. Muszę jednak trochę ponarzekać: uważam że opisy zawarte na tyle okładki zdradzają jednak zbyt wiele, już po samym ich przeczytaniu nietrudno wywnioskować, jak zakończą się poszczególne opowieści.

„- Ale ile trzeba czasu, żeby się zakochać?”

Wakacje w Andaluzji
Lily spędza wakacje na południu Hiszpanii. Chce zapomnieć o zdradach i kłamstwach męża. W śródziemnomorskich miasteczkach odzyskuje spokój i radość. Czuje, że może zacząć wszystko od nowa. Gdy poznaje Santiaga, postanawia zaryzykować. Przystojny Hiszpan odkrywa przed nią nieznane smaki życia. Może wreszcie los się do niej uśmiechnął? Jednak romans niespodziewanie się kończy, a Lily musi stawić czoło zaskakującym wydarzeniom…


Pierwsze opowiadanie najmniej przypadła mi do gustu - po pewnym czasie <wieczne> smutki Lily, jej postawa i ogólnie cała historia jakoś mnie nie porwały. Dla mnie cały czas była takim załamanym pustakiem, który mim wielu przeżyć nie potrafił się pozbierać i wciąż użalał się nad swoim losem. Co innego Santiago - tę postać nawet trochę polubiłam, kłębiło się w nim wiele różnych emocji, co sprawiło, że stał się interesującym bohaterem. Każdy czytelnik już po kilkunastu stronach jest w stanie domyśleć się - jakże banalnego - zakończenia, co odebrało mi znaczną radość z czytania i odkrywania zamysłu Kim Lawrence. Całość w znacznym stopniu ratują przepiękne opisy hiszpańskiej Andaluzji, magicznej i zachwycającej krainy.

„- Przekonajmy się – odpowiedział po hiszpańsku. – Nic nie przesądzaj, niczego nie zakładaj. Nie spieszmy się.”

Wino, słońce, Barcelona
Carrie pracuje w agencji reklamowej w Barcelonie. Właśnie dostała zadanie przygotowania kampanii promującej słynne wina Santos. To dla niej szansa, by zaistnieć w branży. Przypadkiem w samolocie poznaje przystojnego prawnika. Tak dobrze im się rozmawia, że Carrie nieopatrznie zdradza mu szczegóły projektu. Gdy przyjeżdża do winnicy, by zaprezentować swoje propozycje, okazuje się, że jej klientem jest poznany wcześniej prawnik, Maks Santos. Zaskoczona sądzi, że z powodu swej niedyskrecji już straciła zlecenie. Jednak Maks od razu akceptuje projekt, ale stawia warunki…

Z drugą opowieścią było troszkę lepiej - tu opis nie od razu zdradził całą fabułę, bardzo dobrze się bawiłam obserwując rozwój wypadków i uczucia pomiędzy Carrie a Maksem, choć od razu było wiadomo, jak ta znajomość się skończy. Bardzo polubiłam tę dwójkę bohaterów, sympatycznych, ale również zadziornych kiedy trzeba. Z przyjemnością obserwowałam rozwój akcji i choć kolejne wydarzenia niespiesznie po sobie następowały, to to opowiadanie jest moim zdecydowanie największym faworytem z tej trójki. Urzekły mnie również zachwycające opisy winnicy Santos, tamtejszego klimatu i magii Barcelony... w pewnym momencie zapragnęłam wybrać się tam na wakacje. Autorka miała ciekawy pomysł i umiejętnie go zrealizowała, postarała się, by czytelnik się nie nudził i wciągnął w tę ciepłą i miłą dla oka historię. Spodobał mi się również fakt, że w trakcie czytania mogłam się trochę pośmiać z pokręconego zbiegu wydarzeń.

„Pękłoby mu serce, gdyby musiał się z nią rozstać. Ale nie mógł dłużej więzić swojej szarej gołębicy w zamku.”

Tylko w Madrycie
Tylko dwa miesiące zostały Javierowi Herrera, żeby się ożenić. W przeciwnym razie, według zapisu testamentu dziadka, straci rodzinny bank. Tylko kto zgodzi się na ślub w tak krótkim czasie? Niespodziewanie w jego posiadłości pojawia się Grace Beresford, o której słyszał, że jest kapryśna i rozpieszczona. Prosi go o prolongatę spłaty długu ojca. Javier wpada na pomysł, jak rozwiązać swój problem. Proponuje jej fikcyjny ślub w zamian za anulowanie długów. Już kilka godzin po tym jak umilkły dźwięki weselnego przyjęcia, Javier przekonuje się, że Grace jest zupełnie inna, niż się spodziewał.... 

Muszę przyznać że ta opowieść mnie zaskoczyła i tylko podczas jej lektury zdarzały mi się momenty niepewności, co też zaraz się zdarzy. Aż żałuję, że ta historia nie była choć ciut dłuższa. Javier to tajemnicza postać, z pozoru nieczuła, zadufana w sobie i goniąca do celu po trupach, a jednak pod wpływem Grace zmienia się... Naprawdę zaciekawiło mnie to, jak dalej potoczą się losy tego małżeństwa na niby. Opowiadanie pokazuje, że nie należy oceniać ludzi po pozorach, ani po czynach ich bliskich (szczególnie wtedy, gdy nie znamy przyczyn nimi kierujących). Nieprawdopodobna i niespotykana historia, jednocześnie napisana z dużym poczuciem humoru.

"Są pewne słowa, z wypowiedzeniem których warto poczekać , ponieważ mają one wielką siłę… a wypowiadane raz po raz tracą ją..."

Należy napomknąć, że każde z opowiadań jest do bólu przewidywalne (szczególnie w pierwszym przypadku), co potrafi odebrać radość z odkrywania poszczególnych historii, niemniej trzeba tui zaznaczyć, że są to typowe historie na odstresowanie się, zawsze kończące się happy endem, pokazujące, że nawet z najtrudniejszej i z pozoru katastrofalnej sytuacji można wyjść zwycięsko. Opowieści łączą również wspaniałe, magiczne opisy przepięknej Hiszpanii. Czytało się szybko i przyjemnie, czyli w sam raz na brzydki jesienny wieczór.

Moja ocena:
7/10

poniedziałek, 24 września 2012

"Przynęta" Jose Carlos Somoza


Autor: Jose Carlos Somoza
Tytuł: "Przynęta"
Liczba stron: 509

Jose Carlos Somoza urodził się na Kubie w roku 1959, jego rodzina była jednak zmuszona z powodów politycznych przenieść się rok później do Hiszpanii. Pisarz tam się wychował i do dziś mieszka. 
Z zawodu psychiatra, praktykę porzucił jednak po tym, gdy udało mu się odnieść sukces literacki. Interesujące wydaje się w jakim stopniu jego doświadczenia zawodowe wpłynęły na jego pisarstwo. Odpowiedź na te pytanie można znaleźć w wywiadzie udzielonym portalowi Zbrodnia w Bibliotece: Szczerze mówiąc, nie sądzę, by moje doświadczenie w zawodzie psychiatry miało duży wpływ na moje pisarstwo. Krótko się tym zajmowałem, ale wystarczająco długo, by przekonać się, że to bardzo zmitologizowany zawód, zwłaszcza wśród osób, które nie mają z nim styczności. Niewątpliwie jednak duże znaczenie miała dla mnie sama medycyna: kiedy umierają obok ludzie i starasz się ulżyć ich cierpieniu, to musi to pozostawić jakiś ślad.[1]

Po "Przynętę" zdecydowałam się sięgnąć dzięki Beatriz, której zdarzyło się zachwalać Somozę. I choć inne jego książki oceniła wyżej niż tę, wybrałam właśnie ją, gdyż wydała mi się najbliższa moim zainteresowaniom.

"Przynęta" to thriller, ale osadzony w pewnych specyficznych realiach, dotyczących sposobu łapania przestępców. Najskuteczniejszą metodą w zwalczaniu przestępczość okazują się być przynęty - lecz kim one są i co wykorzystują w swojej kontrowersyjnej pracy? Aby odpowiedzieć na to pytanie należy zapoznać się z teorią psynomu (jest to oczywiście fikcja, stworzona na potrzeby książki ;) ): Psynom. Matematyczne wyrażenie naszej rozkoszy. (...) jakieś gesty albo czyjś głos wywołują u ciebie w różnym stopniu poczucie przyjemności. (..) komputery kwantowe zdołały rozpracować i sklasyfikować przyjemności w foldery. Każdy folder to jak kod genetyczny pożądania danej osoby: jest on w nich opisany za pomocą cyfr. Nazwano to psynomem. Potem dowiedziono, że można je pogrupować według wspólnych cech. Każdą z tych grup nazwano filią. Istnieje pięćdziesiąt osiem typów filii zidentyfikowanych dla gatunku ludzkiego. I tu niespodzianka. Okazuje się, że na samą podnietę przyjemności reagujesz identycznie jak wszyscy ci, którzy posiadają tę samą filię co ty (..) Kolejna niespodzianka: jeżeli podnieta jest bardzo intensywna, zostajesz zawładnięty. (...) A wiesz, co jest najśmieszniejsze? Podniety można odegrać. U d a w a ć. Jak w teatrze (...) Nazywa się to "maską". (...) jeżeli maska zostanie dobrze wykonana, odbierzesz ją zawsze w taki, a nie inny sposób, odczujesz przyjemność, zostaniesz zawładnięty. Co ciekawe, klucz do zrozumienia różnych filii i odpowiadających im masek, znaleźć można w dziełach Szekspira. Podsumowując: przynęty są to osoby (nie tylko kobiety) specjalnie szkolone po to, by za pomocą masek eliminować groźnych przestępców.

Pomysł ten na początku wydawał mi się zbyt kontrowersyjny i zdecydowanie nieciekawy, zarówno jako:

  •  sposób zwalczania zbrodniarzy (warto przytoczyć tu słowa jednego z bohaterów: Koniec z detektywami, policjantami, lekarzami sądowymi... Zostają już tylko komputery, profilowcy, przynęty i Szekspir, ja tymczasem naprawdę lubię "klasycznych" detektywów i stanowczo odrzucają mnie nowoczesne technologie), 
  • jak i głos w dyskusji nad źródłem zła i szaleństwa (Chociaż wiedziałam, że wyjaśnienie tkwi w psynomie, wciąż jeszcze zastanawiałam się: dlaczego? - moim zdaniem pomysł z psynomem jest zbyt dużym uproszczeniem i nie uważam, by rozkosz była jedynym, czego pragną wszystkie istoty żywe)
W książce opis różnych filii pojawia się prawie od początku i najpierw można się w nich trochę pogubić, jednak dzięki temu, że są one wplatane do fabuły w taki sposób, sprawiają wrażenie czegoś realnego, naturalnego i świetnie wtapiają się w świat powieści. Liczne odniesienia do Szekspira nie są żadną przeszkodą dla ludzi, którzy niewiele jego sztuk czytali (jak ja). Być może znajomość jego dzieł mogłaby pomóc odkryć jakieś nowe i ciekawe znaczenia w tej książce, ale na pewno w żaden sposób nie wpływa na płynność i zrozumienie lektury.

Na początku książka nie podobała mi się, lecz wszystko zmieniło się gdzieś tak w jej połowie. Być może zamknął się wtedy w mej głowie moralizatorski ton, przyzwyczaiłam się do filii i masek, a może po prostu akcja naprawdę się rozkręciła. W każdym razie druga połowa powieści to emocjonujący thriller z niesamowitą ilością zwrotów akcji i mocnych scen. Autor świetnie prowadzi nas, przechodząc od jednej intrygi do drugiej, wyjaśniając na koniec wszystkie tajemnice w niespodziewany sposób (i to naprawdę wszystkie tajemnice i wątki, o których zdarzyło mi się całkowicie zapomnieć, będąc tak przejętą bieżącą akcją, która toczy się błyskawicznie).

Książkę polecam jako dobry, wciągający thriller (trzeba tylko przebrnąć przez pierwszą połowę, ale myślę, że warto ;) )


[1] Zbrodnia w Bibliotece

poniedziałek, 17 września 2012

Gra Anioła – Carlos Ruiz Zafon





Autor: Carlos Ruiz Zafón
Tytuł: Gra Anioła (polska strona książki i pozostałej twórczości autora)
Seria:  Cmentarz Zapomnianych Książek  #2
Oryginalny tytuł: El Juego del Angel
Wydawnictwo: Muza SA
Data wydania: 2008
Stron: 608
Ocena: 9/10





Carlos Ruiz Zafón, kto nie słyszał o takim człowieku? A „Cień wiatru”? Mówi wam to coś? Jednym świta, drugim nie, trzecim może dopiero zaświta. Jestem przekonana, że większość z was o nim słyszała. Bo kto z moli książkowych i blogerów o nim nie słyszał? Wcześniej wspomniana książka jest wręcz wychwalana przez większość. Nie piszę przez wszystkich, tylko przez większość, bo wiadomo, że każdy ma swój gust i nie każdemu może się spodobać styl Zafóna. A słyszał ktoś o „Grze anioła” właśnie tego autora? Część powie, że tak, znowu część powie, że nie, ale Ci drudzy zaraz będą mogli to zmienić. W jaki sposób? A spróbuję wam, co nieco powiedzieć o tej pozycji. Czy warto po nią sięgnąć? O tym zaraz się przekonacie. ;) 

Barcelona, lata dwudzieste XX w. Siedemnastoletni David Martin pracujący w gazecie „La Voz de la Industria”, nagle dostaje od swojego szefa propozycję zapełnienia jednej rubryki swoją kryminalną powieścią w odcinkach. Po swoim debiucie w prasie, dostaje tajemniczy list od nieznajomego „A.C.”, który zaprasza go na spotkanie. Miejsce jak i spotkanie do nadzwyczajnych nie należy. Zaś potem dostaje ofertę od tajemniczego paryskiego wydawcy. Czy przyjmie propozycję? Kim okaże się tajemniczy „A.C”? Czy córka szofera jego przyjaciela Pedro Vidala odwzajemni jego miłość? Jakie tajemnice kryje dom z wieżyczką, w którym zamieszkał po kilkunastu latach marzeń o nim?

Może niektórzy z was słyszeli o tym, że „Gra anioła” jest podobno kontynuacją wcześniej wspomnianego „Cienia wiatru”? Ja bym tak tego nie określiła, a dlaczego? Bowiem jak dla mnie powiązaniem są tylko niektóre miejsca i bohaterowie, np. księgarnia „Sempere i synowie”, Cmentarz Zapomnianych Książek wraz ze strażnikiem tego jakże pięknego miejsca, Isaac'iem, pan Sempere, jak i jego młodszy syn oraz księgarz Gustavo Barceló. No i oczywiście owiana tajemnicą Barcelona. Poza tymi przykładami tak naprawdę nic nie jest ze sobą powiązane, aczkolwiek cieszę się, że to „Cień wiatru” przeczytałam pierwszy, ponieważ tam mamy okazję zapoznać się bliżej z księgarnią „Sempere i Synowie” jak i z jego właścicielami, dlatego też wam polecam czytać to w takiej kolejności. ;)

Narratorem „Gry anioła” jest główny bohater, co nadaje większej tajemniczości i sprawia, że wspólnie możemy odkrywać tajemnice miasta położonego w północno-wschodniej Hiszpanii. Wiemy tyle, co David i tyle też odkrywamy. Polubiłam go, jak i jego wygadaną i młodą asystentkę Isabellę, która dodawała humoru tej powieści. No i nie mogę zapomnieć o starym, poczciwym właścicielu księgarni, panu Sempere, który wręcz emanuje optymizmem. Każda postać jest nakreślona w dokładny sposób, bo jeśli ktoś chciałby więcej wiedzieć o „Sempere i Synowie” zapraszam do zapoznania się z „Cieniem wiatru”.

Akcja powieści nie leci na łeb na szyję. Toczy się własnym, spokojnym tempem, kiedy nagle buch! i Zafón postanawia zaskoczyć czytelnika, co zdarzało mu się bardzo często. Zaskakujące zwroty akcji jak i rozwiązania, niektórych zagadek. Czy się czegoś spodziewałam? Na pewno nie. Przez myśl nawet mi nie przeszło to, co przyszło do głowy autorowi. Język powieści jest taki sam jak w „Cieniu wiatru”. Opisy miasta, uliczek, miejsc, których nie ma zbyt dużo są napisane w taki sposób, aby czuło się tę aurę tajemniczości, którą chciał stworzyć Zafón i co mu się na pewno udało.

Carlos Ruiz Zafón po raz kolejny pokazał, że jest świetny w tym, co robi, w pisaniu książek, w otulaniu swoich historii aurą tajemniczości oraz zaskakiwaniu czytelnika swoimi pomysłami i po raz kolejny się nie zawiodłam. Z pewnością sięgnę po resztę jego powieści, bo uwielbiam to, w jaki sposób oddaje on klimat Barcelony. „Grę anioła” polecam wszystkim, ale radzę sięgnąć najpierw po „Cień wiatru”, jeśli tego jeszcze nie zrobiliście.  


„Wiem, że żywi pan w sercu wielkie nadzieje i że żadna z nich się nie ziściła, i wiem, ze właśnie, to choć nie zdaje sobie pan z tego sprawy, zabija pana po trochu każdego mijającego dnia.” [s.103]

~

„Normalni ludzie wydają na świat dzieci; pisarze wydają książki. Jako pisarze skazani jesteśmy na to, by poświęcić im życie, choćby miały odpłacić nam niewdzięcznością. Na to, by złożyć swoje życie na ich kartach, czasami nawet, by w końcu one nam to życie odebrały.” [s.424]


____
Cykl "Cmentarz Zapomnianych Książek" składa się z:
2. Gra anioła
3. Więzień nieba

sobota, 15 września 2012

„Klucz do Otchłani” Jose Carlos Somoza - o tajemniczych początkach ludzkości

„Wiemy, że Biblia ma zawierać Słowo Boże, gdy tymczasem „Księga tysiąca i jednej nocy” to zbiór zmyślonych historyjek. To jest obwoluta: to, co wiemy lub chcemy wiedzieć na temat tych dzieł. A teraz wyobraźmy sobie, że Biblia i „Księga tysiąca i jednej nocy” wiele pokoleń temu zamieniły się okładkami: dzisiaj o poczynaniach Jahwe czytano by ku ogromnej uciesze dzieciom na dobranoc (…), heretycy zaś szliby na tortury za przeczenie świętości Szeherezady.”

Jak pisze Somoza, powyższy cytat z jego książki „Dafne znikająca” stał się dlań inspiracją do napisania „Klucza do Otchłani”, powieści, która z mitologii Cthulhu Lovecrafta czyni Biblię. Pisarz stworzył bardzo interesujący świat, zdominowany przez religię. Przez całą książkę powraca do czytelnika pytanie: a gdyby Biblia i „Mity o Cthulhu” zamieniły się okładkami, czy prowadzilibyśmy wojny w imię Rozdziału Drugiego czy Jedenastego?

Właściwa akcja „Klucza do Otchłani” rozpoczyna się w chwili, gdy fanatyk Klaus Siegel postanawia popełnić spektakularne samobójstwo w pociągu. Na swojego „spowiednika” wybiera Daniela Keana, młodego konduktora, który znalazł się w nieodpowiednim miejscu o niewłaściwej porze. Klaus wyjawia Danielowi tajemnicę, która na zawsze odmieni losy ludzkości. Nie wiedząc, dlaczego został wybrańcem („nie wiadomo, dlaczego wybrańcy zostali wybrani”), konduktor znajduje się w ogromnym niebezpieczeństwie. Jedynym sposobem, by ocalić rodzinę, okaże się podążenie tropem, pozostawionym przez szaleńca, i tak Daniel „przemierzy najdalsze zakątki ziemi, gdzie królują ciemności, pradawne legendy i zapomniani bogowie”(z obwoluty).

Uwielbiam twórczość Somozy, nie ma dla mnie pisarza, który tworzyłby tak świetne thrillery, zahaczające o science-fiction. Z powieściami Hiszpana spędziłam niejeden groźny wieczór, w którym jednak nie było mowy o nudzie. Szczególnie bliskie mojemu sercu są takie utwory jak: „Klara i półmrok”, „Dafne znikająca”, „Trzynasta dama” i „Zygzak”. Moja przygoda z Somozą zaczęła się dwa lata temu, gdy dowiedziałam się, że jest byłym psychiatrą, który porzucił zawód po tym, jak jego książki odniosły sukces. Zaciekawiona sięgnęłam po „Trzynastą damę” i nie mogłam się oderwać, choć byłam przerażona. To chyba prawda, że żaden pacjent nie jest większym świrem niż jego lekarz. Wyobraźni Somozie można naprawdę pozazdrościć.
„Daniel martwił się trochę, że w jego córce już wkrótce nie zostanie nic z dawnego dziecka: im więcej czasu spędzała nad książkami, tym poważniejsze stawało się jej spojrzenie”.
Akcja „Klucza do Otchłani” toczy się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Pisarz nie daje pełnej odpowiedzi na pytanie, co się stało, że nasze pokolenie wyginęło. Wiadomo, że doszło do katastrofy, którą bohaterowie książki nazywają „zejściem Koloru”. Odrodzony świat w niczym nie przypominał naszego, a ludzie ślepo wierzyli w „Świętą Biblię Miłości Rzemiosła”. Wierzący byli jednak ciekawscy i zaczęli poszukiwać odpowiedzi, które doprowadziły ich do legendy o Kluczu do Otchłani. Czego ludzie nie robią ze strachu? W powieści strach ściśle wiąże się z wiarą, co jest właściwe także w naszym, „prawdziwym” życiu. Gdyby nie było Boga, nie byłoby strachu.

Jak już wspominałam, kluczowym dla książki zagadnieniem jest sprawa „zamiany obwolut” (tak ją nazwijmy). Wydaje mi się, że Somoza pozornie wodząc czytelnika za nos, zauważa bardzo ważne zjawisko. Wierzymy w to, co nazywamy Biblią, w to co powiedziano nam, że nią jest. A gdyby wieki temu przedstawiono nam inny tekst i powiedziano, że jest święty, natchniony, czy dziś toczylibyśmy wojny religijne w imię tego, co uważamy za mitologie, baśnie? Ciekawa kwestia, warta rozważenia.

„Kluch do Otchłani” to książka napisana literackim językiem, który nas jednak nie znuży. Kartki jakby same się przewracają, a strony czytają. Wszystko po to, by dojść do meritum, które jak zawsze u Somozy będzie tak samo genialne, jak absurdalne. Polecam zwłaszcza miłośnikom fantastyki i Lovecrafta, w dalszej kolejności fanom Somozy i thrillerów. Nie ma co ukrywać, że nie jest to jego najlepsze dzieło, ale i tak warto sięgnąć po klucz do otchłani i przekonać się, jakie drzwi otwiera.

Ocena: 8/10.

piątek, 14 września 2012

"Gra anioła" - Carlos Ruiz Zafón

Przez długi czas miałam wrażenie, że wszyscy, oprócz mnie, już poznali twórczość Zafóna. A ponieważ lubię przekonywać się, czy zachwyty nad książkami popularnych autorów są uzasadnione, sięgnęłam z zaciekawieniem po „Grę anioła”. Ponad 600 stron troszkę mnie przerażało, ale momentalnie wpadłam w wir wydarzeń. Teraz, kilka dni po przeczytaniu książki, czuję niedosyt. Bo TAKA powieść mogłaby liczyć nawet kilka tysięcy stron i wciąż uważałabym, że jest niezwykle interesująca.

Carlos Ruiz Zafón jest pisarzem znanym chyba wszystkim książkowym blogerom. I nie tylko. Kto jeszcze nie czytał żadnej książki jego autorstwa, jest w stanie wymienić co najmniej kilka tytułów - wszak kolejne recenzje jego powieści ukazują się każdego dnia, nie sposób się na którąkolwiek z nich nie natknąć. Zafón słynie z „Trylogii mgły” oraz cyklu „Cmentarz zapomnianych książek”.

Akcja „Gry anioła” rozpoczyna się w latach dwudziestych poprzedniego stulecia w przepięknym hiszpańskim mieście, jakim jest Barcelona. Młody dziennikarz, David Martín, pracujący w periodyku „La Voz de la Industria” otrzymuje od swego szefa propozycję nie do odrzucenia. Ma napisać opowiadanie, którego fragmenty będą regularnie pojawiać się w rubryce kryminalnej. Krótko po swoim debiucie podpisuje umowę z dwójką wydawców, dla których pisze serię powieści. Brzmi cudownie, czyż nie? Zdawałoby się, że dla początkującego pisarza jest to początek wielkiej kariery. Jednak nic bardziej mylnego - kolejne wydarzenia sprawią, że jego życie niezwykle się skomplikuje.

„Gra anioła” wciąga. Jednak „wciągnięcie” jest pojęciem względnym, zatem ujmę to inaczej. Już po przeczytaniu kilkunastu stron próbowałam wymyślić jakąś wymówkę, by nie iść na urodziny najlepszej przyjaciółki, a także nie uczyć się na kartkówkę z historii. Powstrzymał mnie przed tym wyłącznie zdrowy rozsądek. Jednak z każdą kolejną kartką miałam coraz większą ochotę czytać tę powieść bez przerwy, aż do ostatniego słowa. Tak też zrobiłam - zarwałam noc i, pomimo zmęczenia, przeczytałam książkę jednym tchem.

Autor genialnie kreuje bohaterów, ukazując ich mocne i słabe strony, osobliwe nawyki, a także przedstawiając wydarzenia z przeszłości, które miały wpływ na ich życie. Moją sympatię zdobył przede wszystkim stary Sempere, właściciel księgarni. Był wspaniałym przyjacielem dla Davida Martína, to on pokazał mu Cmentarz Zapomnianych Książek. Niezwykle charyzmatyczną osobą była Isabella - początkująca pisarka, asystentka głównego bohatera. Przyznaję, czasem działała mi na nerwy, ale jej charakter po prostu musiał być taki, a nie inny.

Co do głównego bohatera - nie mogę o nim wiele napisać, by nie zdradzić przebiegu wydarzeń. Jedno jest pewne - jego życie nie było usłane różami, a pełne problemów. Czasem było mi go naprawdę żal.

Co serwuje nam Zafón? Powieść obyczajową z wątkiem kryminalnym, a także odrobiną romansu, horroru i fantastyki. Słowem, mieszanka wybuchowa. Wszystko to, w idealnych proporcjach, składa się na cudowną książkę, od której po prostu nie można się oderwać.

Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się, że „Gra anioła” jest drugą częścią serii „Cmentarz zapomnianych książek”. Cóż, jak zwykle zaczęłam od środka… Na szczęście znajomość „Cienia wiatru” (pierwszej części) nie okazała się konieczna, nie doszukałam się żadnych odniesień do wydarzeń z przeszłości (choć nie wiedziałam, że powinnam ich szukać, więc może jednak takowe się pojawiły?). Bez wątpienia, lepiej jest jednak czytać książki w kolejności chronologicznej.

Nie wypada uznawać autora za ulubionego po przeczytaniu tylko jednej książki jego autorstwa. Jednak Zafón zdecydowanie będzie zaliczał się do tego grona, jeżeli tylko pozostałe części „Cmentarza zapomnianych książek” mnie nie zawiodą. Kto jeszcze nie czytał tej serii, niech lepiej czym prędzej to nadrobi. Bo warto.