sobota, 13 kwietnia 2013

Cathy Glass Czekając na anioły


„Gwiazdy są szczelinami w Niebiosach, przez które prześwieca miłość naszych zmarłych bliskich (...).”
Książki Cathy Glass cieszą się sporą popularnością wśród czytelników serii "Pisane przez życie". Brytyjska opiekunka zastępcza napisała już  kilka fenomenalnych pozycji  literackich , w których opowiada historię dziecka jakim w danym momencie się opiekuje. Każda osoba , którą  przygarnia pod swój dach  na jakiś czas staje się częścią jej rodziny. Potem gdy procedura adopcyjna się kończy rodzice zastępczy jeszcze przez jakiś  czas  utrzymują kontakt ze swoim podopiecznym . Podobnie było w przypadku małego
Michaela.  To właśnie jego historię możemy poznać czytając powieść "Czekając na anioły".
 Głównymi bohaterami tej opowieści są  niespełna czterdziestoletni cierpiący  na raka płuc ojciec, któremu zostało jedynie trzy miesiące życia i  jego ośmioletni syn. Mężczyzna zdaje sobie sprawę z tego jak poważny jest jego stan dlatego robi wszystko aby znaleźć kogoś kto zaopiekuje się chłopcem po jego śmierci. Patrick  nie ma żadnej rodziny, która mogłaby zabrać do siebie dziecko tak więc prosi o pomoc opiekę społeczną.  Glass pomimo początkowych obaw i wątpliwości  zgadza się zając chłopczykiem  gdy tylko zajdzie taka potrzeba. Dziecko mimo iż na początku było nieco przestraszone i zdenerwowane  to po kilku spotkaniach bardzo polubiło nie tylko Cathy , ale także  jej własne pociechy zwłaszcza syna, który był w tym samym wieku.  Kobieta znalazła wspólny język również z ojcem malca . Mężczyzna okazał się być bardzo dobrym człowiekiem, doskonale wychował Michaela.   ( jego żona zmarła gdy chłopiec miał zaledwie dwa lata), dał mu miłość i poczucie bezpieczeństwa. Nawet gdy choroba nowotworowa powoli niszczyła  jego organizm  i tak miał w sobie dość siły aby zapewnić swojemu największemu skarbowi jak najlepszą przyszłość zadbał o wszystko  czego chłopiec mógł kiedyś potrzebować . Chociaż z każdym dniem słabł wytrwale przyjmował gości w szpitalu , słuchał opowieści syna o tym co działo się w szkole, pilnował aby ten zawsze uczestniczył w niedzielnej mszy i odmawiał wieczorną modlitwę. Postawa godna podziwu.  Determinacja i wola walki z chorobą była u   mężczyzny naprawdę ogromna bo wiedział , że  chłopak cały czas prosi Boga aby nie "wysyłał jeszcze po niego aniołów". Na pochwałę zasługuje również niesamowita dojrzałość chłopca, który pomimo iż był jeszcze mały często zachowywał się bardziej odpowiedzialnie niż niejeden dorosły. Znał wszystkie nazwy  zabiegów i lekarstw taty , codziennie modlił się o  jego zdrowie  dziękował za każdy wspólnie przeżyty  dzień i prosił aby  pożegnać się z ojcem. Czytając jego rozmowy z Cathy i słowa jakie wypowiadał niejednokrotnie nawet nie próbowałam ukryć łez wzruszenia. Na usta  cisnęło mi się tylko pytanie:  Dlaczego coś tak strasznego musiało spotkać właśnie jego? 
Michael co wieczór oglądał niebo na, którym pojawiały się gwiazdy  , gorąco wierzył i czekał na to , że gdy przyjdzie pora z nieba spłyną anioły i pozwolą tatusiowi ponownie spotkać się ze swoją żoną a jego mamą. Chłopiec był pewien , że tato na to niebo zasługuje. Patrzenie w gwiazdy dawało mu ukojenie i nadzieję. Wiedział iż kiedyś będzie mógł wypatrywać na niebie gwiazd symbolizujących jego najbliższą rodzinę. Ufał , że to właśnie stamtąd  płynie miłość tych, którzy już od nas odeszli. Stąd taki tytuł utworu. 

Książka  "Czekając na anioły" nie tylko  wyciska łzy , wywołuje emocje , ale też niesie ze sobą dużo ciepła . Pokazuje jak wielka potrafi być ojcowska miłość i wiara w to , że tacie  uda  się zrobić wszystko tak jak sobie zaplanował. Na kartach powieści widzimy również silną wieź miedzy rodzicem a dzieckiem , której nic absolutnie nic nawet śmiertelna choroba nie jest w stanie zniszczyć.  Po zakończeniu lektury wciąż zadaję sobie  pytanie : Jak los może być tak okrutny aby zabrać niewinnemu dziecku najpierw matkę a  po kilku latach ojca?   Chyba nigdy nikt nie znajdzie na nie odpowiedzi. 
Źródło cytatu:
 [1]   Cathy Glass, Czekając na anioły,   Wydawnictwo  Hachette, 2012,Str. 351.

czwartek, 11 kwietnia 2013

Look – Sophia Bennett




Autor: Sophia Bennett (strona autorki)
Tytuł: Look
Cykl wydawniczy: Niebieskie Migdały
Oryginalny tytuł: The Look
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 10.04.2013
Stron: 360
Ocena: 8/10







Ted? Cóż za dziwnie imię, prawda? Nie wiem czemu, ale kojarzy mi się ono z dziwnym, pluszowym misiem, którego perypetie mogliśmy niedawno oglądać na ekranach kin. Jednak Ted jest tylko skrótem od imienia głównej bohaterki – Edwiny. Jest on dosyć dziwny, bo mnie bardziej pasowałaby choćby Ed. Ale nie tylko jej imię jest inne. Bo czy można tak powiedzieć o niezbyt pochlebnym pseudonimie nadanym przez klasowego kawalarza – Luna Pomyluna? Z pewnością nie.

Nieśmiała i niezbyt ładna Ted wraz ze swoją siostrą wyglądającą jak gwiazda filmowa postanawiają iść na ulicę zarobić, grając na instrumentach. Jak zawsze do tak szalonych pomysłów namówiła Ted starsza siostra. Tak było i tym razem. Jednak z pewnością nie spodziewały się tego, że zaczepi je mężczyzna podający się za kogoś z agencji modelek, do tego wmawiając Ted, że jest niezwykła i musi spróbować swoich sił w tym zawodzie. Sądząc, że spotkany człowiek jest jednym z oszustów, nie zwracają na niego uwagi. Jednak po pewnym czasie wszystko wskazuje na to, ze agencja naprawdę istnieje, a facet jednak nie jest oszustem. Czy Ted poradzi sobie w wielkim świecie mody? Czy spełnianie marzeń będzie dla niej ważniejsze niż pomoc chorej na raka siostrze? Czy wszystko ułoży się po jej myśli? I co tak naprawdę sądzi o niej Nick? Czy rodzące się do niego uczucie zostanie odwzajemnione? Czy w tym wszystkim odnajdzie siebie, swoje szczęście?

Sophia Bennett jest brytyjską pisarką mieszkającą z rodziną w Londynie. Uwielbia sztukę, desgin, swoje dzieci, czasopisma modowe, kawę cappuccino, męża i pracę – koniecznie w tej właśnie kolejności. Opublikowała już cztery książki. Powieść „Projekt C” jej autorstwa ukazała się w Polsce również nakładem wydawnictwa Egmont.

„Look” jest naprawdę świetną młodzieżówką. Czyta się ją w ekspresowym tempie, będąc cały czas ciekawym, co będzie dalej. Jest humor, są ważne tematy i są wątki miłosne, ale bardzo intrygujące, nie ckliwe i przesłodzone. Autorka ma świetny warsztat pisarski i nawet zwykły i krótki opis ojca bohaterki był dla mnie ciekawy i zabawny. Sophia poruszyła ważny temat, jaką jest straszna choroba, bliskiej osoby, a w tym przypadku siostry Ted. Tak samo jak poszukiwanie samej siebie, tego co młoda osoba chce w życiu robić i co jest dla niej ważne. Nie jest sztuką napisać o ważnych tematach, ale zrobić to w sposób nieudolny. Na szczęście Bennett to tej kategorii nie należy, bo zrobiła to bardzo sprawnie.

Bohaterowie są interesujący i co najważniejsze normalni. Dialogi, na co ostatnio zwracam uwagę w powieściach młodzieżowych, są realne, nie są przesadnie stylizowane na język młodzieżowy. Autorka postawiła tutaj na prostotę i osiągnęła zamierzony skutek, co tylko pokazuje, że czasami lepiej z nim nie przesadzać. Lepiej napisać prosto niż starać się przesadnie używać jak się niektórym wydaje „języka młodzieżowego”, bo tak naprawdę nie wychodzi z tego nic godnego uwagi, a grupa docelowa, do której to właśnie głównie mają być kierowane te książki łapią się za głowy przy czytaniu, nie wiedząc, o co chodzi. 

Jeśli szukacie ciekawej młodzieżówki, która porusza temat modelingu, poszukiwaniu własnego ja, jak i ciężkiej choroby, jaką jest rak to śmiało możecie sięgnąć właśnie po „Look”. Zabawna i świetnie napisana z pewnością pochłonie was na niejedno popołudnie, choć muszę przyznać, że raczej nie radziłabym wam zabierać się za nią, kiedy macie coś ważnego do zrobienia, bo śmiem twierdzić, że raczej o tym zapomnicie, gdy tylko zapoznacie się z Ted i jej historią. Jestem ciekawa innych książek Bennett i z pewnością po nie sięgnę.



„Niektóre wspomnienia prześladują człowieka przez całą wieczność i jeszcze dłużej.” [s.8]
~~~~
„Ja również zamierzałam się uczyć, bo i mnie czekały testy na koniec roku, ale w tym momencie człowiek, który był odpowiedzialny za mój kod genetyczny i związany z tym wygląd straszydła, zawołał mnie z sypialni, gdzie stały jego biurko i komputer.” [s.20]
~~~~
„Jednak te niekończące się wakacyjne castingi czegoś mnie nauczyły. Niezależnie od wszystkiego musisz trzymać się prosto i iść naprzód.” [s.195]
~~~~
„Kiedy była tak wyjątkowo głupia, ŻE NIE ZDAWAŁA SOBIE SPRAWY, JAK BARDZO JEST KOCHANA. Ale tak to już jest. Czasami człowiek nie wie, jak bardzo potrzebny jest innym. Czasami potrzebuje pomocy, żeby to zrozumieć.” [s.330]

środa, 10 kwietnia 2013

"ZIMA ŚWIATA" KEN FOLLETT


O "Upadku gigantów" pisałam nieco ponad rok temu, w tej notce . Od tego czasu to jeden z najpopularniejszych postów na blogu. Pytanie o drugi tom z cyklu Trylogia Stulecia, powtarzało się bardzo często w zapytaniach. Wreszcie jest. Powiem szczerze, że choć pierwszy tom mnie zainteresował, to jednak nigdy nie żałowałam, że zapoznałam się z nim przez bibliotekę. Po przeczytaniu nigdy nie miałam myśli, by jednak kupić i cieszyć się nim na półce. 
Kiedy do księgarń zawitał tom drugi, miałam moment zwątpienia. Wyłożone w Empiku tomy w twardej oprawie, bardzo kusiły, choć para na okładce niebezpiecznie kierowała moje czytelnicze skojarzenia w stronę typowego romansu. Biłam się z myślami długo, bo cykle lubię kończyć. Nawet jak coś jest generalnie nienajlepsze, mam wielką pokusę, by kupić, przeczytać. Najwyżej później wymienię. :)
Pewnie w końcu jakaś wizyta w księgarni, skończyłaby się szybkim zakupem, tak by niedoszły do głosu wątpliwości. Na szczęście zanim tak się stało, zauważyłam "Zimę świata" na liście zakupów mojej biblioteki. Kolejka oczekiwania była długa, ale pod koniec zeszłego tygodnia książka trafiła w moje ręce.

Ten bardzo długi wstęp ma Wam uświadomić, jak mimo wszystko czekałam na tę książkę. Oczekiwania miałam duże, bo pierwsza część, mimo kilku zastrzeżeń, czytała się bardzo szybko, a i tematyka była z tych bardzo interesujących. Kiedy spojrzałam całkiem niedawno na średnią ocena na Biblionetce, byłam zachwycona. Nota w granicach 5,00 sugerowała, że autor poprawił niedociągnięcia tomu pierwszego i drugi będzie czystą rozkoszą dla czytelnika.

Faktem jest, że Follett podjął się bardzo trudnego zadania. Osnucie fabuły na filarach najważniejszych wydarzeń XX wieku wymusza rozmach w doborze miejsc akcji i bohaterów. Trudno sobie jednak wyobrazić bardziej przyciągające tematy. Dwie wojny  światowe, feminizm, rozwój komunizmu i faszyzmu, to tylko niektóre z tematów, które znajdziemy na ponad dwóch tysiącach stron obu tomów. 
Brzmi zachęcająco, prawda?

"Zima stulecia" obejmuje lata 1933 - 1949. Pierwszoplanowi bohaterowie to dzieci postaci opisywanych w
"Upadku gigantów". Dobrze znani znajomi z tego tomu, tym razem występują w drugim planie. Następuje zmiana pokoleń, ale nadal Follett ma ambicję pokazać szeroki przekrój społeczny i polityczny. Śledzimy więc losy bogatej amerykańskiej dziedziczki, lekceważonej przez śmietankę towarzyską, która w końcu decyduje się na podbój angielskiej arystokracji. Autor przerzuca akcję z USA do Anglii, z Niemiec do Związku Radzieckiego, opisując koleje losów polityków, żołnierzy, działaczy komunistycznych, przeciwników i zwolenników faszyzmu.
Bardzo duży rozrzut sprawia, że czasem ma się wrażenie, jakby czytało się kilka powieści, których bohaterowie dziwnym trafem, często się spotykają. Kiedy już poczułam, że zagłębiam się w jedną opowieść, po chwili okazywało się, że muszę się przenieść w inne realia. Trochę to psuło rytm powieści. 

Poza tym pisanie o tak wielu bohaterach wymagało dużej skrótowości. Zaowocowało to nagromadzeniem bardzo nieraz dramatycznych wydarzeń na kilku stronach. Ciężko mi się było przejąć jednym dramatem, bo wiedziałam, że w następnym rozdziale wydarzy się następny. A Follett swoich postaci nie oszczędza. Trudno się zresztą dziwić, bo przecież wszystkie postacie są w samym środku wydarzeń kształtujących obraz świata. Powinno to dawać efekt wyczuwalnego napięcia, tymczasem powieść tego napięcia jest tak naprawdę pozbawiona. Przełomowe wydarzenia nie przykuwają uwagi, bo jest ich za dużo. Ciągle ten, czy inny bohater się zakochuje, poznaje miłość swojego życia, traci z nią kontakt, rozwodzi się, zaręcza, przeżywa śmierć kogoś bliskiego. I tak fabuła się kręci, a autor zmienia tylko otoczenie i imiona. 
Drugim sposobem na zagwarantowanie dramatyzmu akcji, miało zapewne być wrzucenie wszystkich postaci w wielki tygiel zmian historycznych. Sprawdziło się to w pierwszym tomie, kiedy miałam wrażenie, że zaglądam za kulisy historii. W drugim tomie to nie zdało egzaminu. Ilość zagrożeń jaka czyha na bohaterów, szybko przestaje robić jakiekolwiek wrażenie na czytelniku. Przecież autor nie zabije jedynej postaci, poprzez którą poznajemy sytuację np. w Niemczech, czy USA. 

Podstawową słabością tej powieści jest paradoksalnie jej rozmach. Dodanie większej ilości drugoplanowych bohaterów rozwlekłoby fabułę w nieskończoność. Ograniczenie pierwszoplanowych postaci do kilku osób, spowodowało, że nie mamy do czynienia z pełnowymiarowymi ludźmi, a raczej z modelami, którym kazano przeżywać wszystkie możliwe radości i problemy, zmieniające się tylko w zależności od miejsca urodzenia i zamieszkania. Poza tymi wymuszonymi położeniem geograficznym i różnicami politycznymi zmianami, postacie Folletta są zadziwiająco wręcz podobne. Prawdziwy koszmar zaczyna się jednak wtedy, kiedy autor wkłada w ich usta przemowy, które streszczają przemiany zachodzące w poszczególnych krajach, co wypada bardzo sztucznie i dodatkowo odbiera bohaterom ludzkości, czyniąc z nich tylko przekładowe jednostki.

Tak sobie piszę i wychodzi na to, że "Zima świata" absolutnie mi się nie podobała. A jednak przeczytałam te ponad tysiąc stron i jeśli biblioteka zakupi tom trzeci, to też przeczytam. Powód tkwi, w tym, że naprawdę muszę poznać koniec, jeśli zaczęłam czytać.
Po drugie zaś nie potrafię odmówić sobie lektury żadnej książki, której akcja zahacza o II wojnę światową. 
Tutaj dodatkowym atutem, była obecność niemieckiej rodziny, będącej tym samym świadkiem rozwoju faszyzmu, fobii skierowanej przeciwko Żydom, by potem uświadomić sobie, że klęska Niemiec jest tylko kwestią czasu, a dawnym wygranym przyjdzie się zmierzyć z okrutnym odwetem radzieckich żołnierzy. Bardzo mnie również ucieszył fakt, że Follett nie przemilczał flirtu Anglii z nazizmem, który znalazł swoich zwolenników wśród przedstawicieli arystokracji. 
I choć i tutaj autor prześlizguje się tylko po ważnych problemach, bo zwyczajnie jest ich za wiele, by wszystkim poświęcić tyle miejsca, na ile zasługują, to jednak ta część powieści sprawia, że nie żałuję czasu spędzonego z drugim tomem "Trylogii Stulecia".



"Poczucie kresu" - Julian Barnes



Ostatnimi czasy powieści Juliana Barnes'a - "Arthur & George","The Sense of an Ending", "Pulse" oraz "England, England" zajmują dumne miejsce na mojej półce.  Dziś czas na powieść, która zapewniła swemu autorowi nagrodę Man Booker Prize w 2011 roku, znaną w Polsce pod tytułem "Poczucie kresu" - "The Sense of an Ending".

Narratorem powieści jest Tony Webster, którego poznajemy na początku historii jako zwyczajnego nastolatka posiadającego grupkę zgranych przyjaciół, uczęszczającego do szkoły, ot, niewiele różniącego się od swych rówieśników. Towarzyszymy mu wraz z upływem kolejnych lat w rozważaniach dotyczących życia, podejmowanych decyzji oraz otaczających go osób. Barnes nie męczy nas  odległymi, obcymi problemami czy ciężką i nieciekawą narracją, niejednokrotnie przekazując słowami Tony'ego nawet zbyt dosłowną codzienność, której bohaterem równie dobrze mógłby być każdy z nas. Nie jest to książka, którą czytamy w pogoni za konkretną odpowiedzią czy rozwiązaniem pewnego problemu. Stanowi ona raczej pretekst do rozważań i zaangażowania się w pewnego rodzaju dialog z narratorem.

Już od pierwszych stron dużo słyszymy o historii, przemijaniu, tym, jak przekazywana jest wiedza o minionych czasach. W trakcie rozmowy jednego z uczniów, przyjaciela Tony'ego - Colina - z nauczycielem historii, Joe Hunt'em, trafiamy na jedną z bardziej orginalnych definicji historii jaką kiedykolwiek słyszałam, a mianowicie:

[Colin] 'History is a raw onion sandwich, sir.'
[Old Joe Hunt] 'For what reason?'
[Colin] 'It just repeats, sir. It burps. We've seen it again and again this year. Same old story, same old oscillation between tyranny and rebellion, war and peace, prosperity and impoverishment.'[1]

Książka Barnes'a traktuje jednak nie tylko o historii przynoszącej na myśl wielkie wydarzenia czy powszechnie znane postaci, a również historię samą w sobie, ideę rozumianą jako doświadczanie i przekazywanie przeszłości nawet tej bliższej, prywatnej, rozgrywającej się tuż za rogiem. Jest to jedna z książek, które dają do myślenia.

'[...] I remember what Old Joe Hunt said when arguing with Adrian: that mental states can be inferred from actions. That's in history - Henry VIII and all that. Whereas in the private life, I think the converse is true: that you can infer past actions from current mental states.'[2]

Czy nasze wspomnienia są bezsprzeczym i nieomylnym świadectwem tego, co było, czy też manipulujemy faktami i wydarzeniami by uzyskać i zapisać w pamięci obraz, który nam odpowiada? Jak bardzo nasza ingerencja zmienia realne wydarzenia sprzed kilkunastu czy kilkudziesięciu lat? Jaki wydarzenia te mają wpływ na nasze obecne decyzje, nasz charakter, postawy wobec innych? W swych rozmyślaniach Tony dochodzi do wniosku, że '[...] when we are young, we invent different futures for ourselves;  when we are old, we invent different past for others.'[3] Ciekawe, prawda?

W książce oczywiście pojawiają się kobiety, Tony bowiem powoli układa sobie życie, one zaś stanowią bardzo ważny element jego egzystencji. Czy jest to jednak powieść o związkach i kobietach? Nie sądzę. Może raczej o idei kobiet i związków kształtowanych przez kolejne lata doświadczeń, o samym wyobrażeniu, o tym, jaki mają wpływ na postrzegane i zapamiętane przez nas wydarzenia, nie zaś o samej istocie rzeczy.

Wyobrażam sobie, że pewnym osobom powieść ta może nie przypaść do gustu, bo niezbyt wartka akcja, miłość mało romantyczna, a bohater to tylko myślący pacyfista. Może to słabość do prozy Juliana Barnes'a, ja jednak bardzo mocno polecam.



[1] Barnes, J. (2012)  The Sense of an Ending, Vintage Books: London, s.16.
[2] Ibidem, s.54.
[3] Ibidem, s.80

wtorek, 9 kwietnia 2013

Władczyni rzek - Philippa Gregory


Każdy  kto czyta książki Philippy Gregory wie, że nie pisze swoich książek w kolejności chronologicznej.  Cykl o Wojnie Dwu Róż także ma to do siebie. Należę do tych osób, które lubią czytać wszystko po kolei, więc moją przygodę z Gregory i jej książkami na temat angielskiego dworu, zaczęłam właśnie od „Władczyni rzek”, która jest historią Jakobiny Luksemburskiej, matki Katarzyny Woodville znanej czytelnikom z książki „Biała królowa”.  Pisarka przyznała, że dopiero podczas pracy nad „Białą królową” dotarła do różnych źródeł i odkopała zapomniany już nieco kawałek historii. Jakobina Luksemburska była arcyciekawą kobietą wywodzącą się nie tylko ze wspaniałego rodu, ale także według podań, od samej wodnej boginki Meluzyny i ten motyw jest dosyć istotny w książce, ale nie jest dominujący.

„Władczyni rzek” przenosi nas do XV wieku na chwilę przed rozpoczęciem krwawej wojny pomiędzy Lancasterami i Yorkami.  Poznajemy Jakobinę jako młodą dziewczynę, która odkrywa, że odziedziczyła dar przepowiadania przyszłości. Ten fakt nie jest wielką tajemnicą, a znany jest z pewnością angielskiemu regentowi Francji – Janowi Lancasterowi, księciu Bedfordu, który po śmierci swojej pierwszej żony Anny, postanawia ożenić się z młodą Jakobiną, aby wykorzystać jej magiczne zdolności. Młoda, niekochana, wykorzystywana Jakobina kieruje swe oczy ku Ryszardowi Woodvillowi, który jest giermkiem księcia Bedfordu. Po śmierci męża Jakobina daje ponieść się porywowi serca i bez zgody angielskiego dworu, popełnia mezalians wychodząc za mąż za szlachcica bez kropli królewskiej krwi. Młodzi popadają w niełaskę, ale po czasie Jakobina ma szansę zrehabilitowania się przywożąc z Francji małżonkę dla króla Henryka VI- Małgorzatę Andegaweńską, której przez lata będzie służyć jako dwórka i najbardziej zaufana przyjaciółka.

Philippa Gregory stworzyła wiele pełnokrwistych postaci, na których tle Jakobina jawi się naprawdę wyjątkowo. U schyłku średniowiecza kobieta miała jasno określoną pozycję, jej zadaniem było nie wychylać się z cienia męża, a z pewnością wielce niepożądanym było, aby miała jakakolwiek wiedzę wychodzącą poza obowiązki domowe, jak na przykład wróżbiarstwo  czy zielarstwo. Jakobina była świetną dyplomatką, która nie tylko potrafiła wpłynąć na swego męża, ale także na samą królową Małgorzatę Andegaweńską, musiała jednak kryć się ze swoją tajemnicą, aby nie zostać spaloną na stosie jak Eleonora Cobham, czy wspomniana na początku książki, Joanna d’Arc. Odważna, ambitna, nieustraszenie parła do przodu, była doskonałą dyplomatką, lawirującą wśród dworskich zwyczajów i potyczek, dlatego zawsze osiągała zamierzony cel.

Pisarka wyśmienicie połączyła prawdę historyczną z fikcją literacką, ukazując w swojej książce w sposób niezwykle jasny źródła konfliktów pomiędzy Lancasterami i Yorkami, ówczesną sytuację na dworze oraz klimat tamtych burzliwych czasów.  To powieść o wielkiej namiętności i żądzy zdobycia władzy i oczywiście o wspaniałej, wielkiej kobiecie. Wielobarwna i świetnie napisana bardzo przystępnym językiem, jest doskonałą lekturą, która pochłania się w zastraszającym tempie. Z największą przyjemnością przeczytam kolejną książkę o córce Jakobiny. 

Notka pochodzi z Myśli Czytelnika