poniedziałek, 29 kwietnia 2013

"Kokon" - Mark Billingham



Inspektor Thorne, wpasowujący się w standardowe wyobrażenia większości śledczych (czyt. obiekt samotny, nadużywający alkoholu, wiecznie niewyspany, często załatwiający sprawy pięściami i kontaktami przestępczymi, trochę depresyjny typ, któremu wpadła w oko seksowna babka) musi stawić czoła mordercy kobiet, którego ostatnia ofiara uszła z życiem, jednak jest sparaliżowana. Tutaj jednak Billingham odwraca kota do góry ogonem i okazuje się, że domniemany morderca nie chce mordować. Trzy martwe kobiety to jego nieszczęśliwe wypadki przy pracy. Allison, czwarta ofiara, to właściwie skończone dzieło. Przez otumanienie, uciskanie tętnicy, zerwanie więzadeł szyjnych i tym samym doprowadzenie do udaru. Makabryczne uwięzienie we własnym ciele. Chodzi o dążenie do doskonałości. O perfekcję. O wybranie tego, co słabe, łatwo psujące się i wadliwe, i usunięcie wiążących się z tym potrzeb. Wyeliminowanie związanych z tym zależności. Pozwolenie mózgowi, który jest jedynie cokolwiek wartą częścią ciała, aby rozkwitał bez ograniczeń stawianych przez ciało. Chodzi o wolność.

Jednak literacki debiut Marka Billinghama w części musiałam po prostu zmęczyć. W fotel ze znużenia wbiły mnie miłosne igraszki i rozterki między Thornem, doktor Anne Coburn i sarkastycznym Bishopem na dodatek, na którego bez przerwy z podejrzeniami patrzył Thorne. Szczerze, myślałam, że pisarz nigdy nie wrzuci ich do łóżka dla mojego świętego spokoju, a dalej będę brnęła przez jakieś krępujące spojrzenia, skromne podchody i depresyjne myśli Thorne'a, które zawieszały raz po raz frapującą i niebezpieczną akcję, wprowadzając do fabuły oklepane, obyczajowe schematy, w tym wg mnie oderwany od całości, postrzępiony wątek córki Anne. Na szczęście lekkie, sugestywne, indywidualizowane i pomysłowe pióro Billinghama zachęciło do dalszego czytania powieści i w końcowym rozrachunku nie żałuję poświęconego czasu, nawet jeśli zakończenie nie zawirowało intensywnie moją wyobraźnią.

Doskonałym zabiegiem było wprowadzenie myśli Allison, niekiedy utrzymanych w tonie, jak sama mówiła - albo raczej myślała, chorego humoru. Doskonałym tego przykładem jest ponury dowcip o Panu Ziemniaku, który miał wypadek i znalazł się w identycznym stanie jak dziewczyna. Aż skóra cierpnie. Milcząca Allison stała się cichą powierniczką Anne, jej rozterek i zdenerwowań. Jedyną szansą na kontakt ze światem był powolne i frustrujące porozumiewanie się za pomocą mrugania powiekami, które nie zawsze chciały się słuchać. Czytelnika może zaszokować to, że sparaliżowana dziewczyna nie użala się nad sobą, nie popada w niemy obłęd, nie myśli ciągle o umieraniu - ona chce znaleźć sobie zajęcie w swojej własnej głowie. Móc tworzyć i narzekać. Móc decydować o sobie. Przy jej unieruchomionej postaci na myśl przychodzą od razu takie genialne filmy jak Motyl i skafander albo Johnny poszedł na wojnę, który niesie ze sobą tak silny ładunek emocjonalny, że nie chcę go oglądać drugi raz.  
Możecie mnie nazywać Zdumiewającą Mrugającą Kobietą! Tyle tylko że coś kiepsko radzę sobie z występami, czyż nie? (...) Krzyczałam w myślach na moje powieki. Zupełnie jakby sygnał wygasł w moim mózgu. Ale powoli. Można to porównać do rozklekotanej starej łady sunącej wolno od jednego obwodu do drugiego, czy jak to się tam nazywa. Neuroautostrady czy jakoś tak. 
Billingham ukazał głównego bohatera w wielu powiązaniach, z jednej strony uwiarygadniając jego kryminalny portret, a z drugiej rozwlekając akcję do granic możliwości, często nie posuwając śledztwa do przodu. Dni, tygodnie i miesiące odmierzały Thorne'owi pełne wyrzutu twarze Martwej Christine, Martwej Madeleine, Martwej Susan. Tak by wyglądał ścienny kalendarz Thorne'a. Śledczy snuje własne wizje, wisi nad nim krążąca jak jastrząb śmierć i obawa, że nie da rady zatrzymać kryminalisty na czas. W ramiona niepewności Billingham usiłuje wtrącić także czytelnika, obnażając niepewne poszlaki Thorne'a i lekceważąc jego spostrzeżenia, lecz mi udało się z nich wyrwać przed końcem lektury. Lektury może nie do końca satysfakcjonującej, lecz na pewno dobrej, która z pewnością wyróżnia się wśród kryminalnych czytadeł. Bo niestety - do pełnokrwistego kryminału zabrakło namacalnego napięcia i emocji ściskających żołądek.

9 komentarzy:

  1. Zaciekawiło mnie to, że ,,morderca" nie chce mordować, ale doprowadzać swoje ofiary do paraliżu. Ciekawe...

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawy pomysł na bloga. Życzę powodzenia w prowadzeniu.
    Pozdrawiam i obserwuję

    OdpowiedzUsuń
  3. Wydaję się niezbyt ciekawa przynajmniej po recenzji, raczej po nią nie sięgnę, jak mnie najdzie ochota na kryminał to przeczytam coś z ciekawszą fabułą. Recenzja ok pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ostatnio bardzo polubiłam kryminały, więc z chęcią przeczytam tę pozycję :)
    Świetna recenzja!
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mimo że zabrakło tych emocji ściskających żołądek to czuję się zachęcona do lektury tego kryminału.
    kolodynska.pl

    OdpowiedzUsuń
  6. Zapraszam do siebie :D http://ksiazkowy-kacik.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  7. Lubię kryminały, ale ten jakoś nieszczególnie mnie przekonuje, chociaż morderca który nie chce mordować brzmi niezwykle intrygująco. Ciekawa recenzja :)

    OdpowiedzUsuń